Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
sobota, 5 stycznia 2019
38.


Teraz nie był odpowiedni czas na informacje od Królowej; Yoel wiedział o tym, ale zawsze lubił wybierać najmniej odpowiednie momenty dla przeciwnika. Tym razem nie zamierzałem dać się w to wciągnąć. Skłoniłem się tylko sztywno w stronę towarzysza, po czym bez słowa spiąłem wierzchowca piętami i razem ruszyliśmy w stronę prowizorycznego schronienia. Większość grupy, zarówno ludzie jak i elfy, praktycznie leciała już z siodeł. Nie dziwiłem się im. Jechaliśmy przez deszcz ponad sześć godzin bez przerwy, mozolnie posuwając się do przodu, wciąż zbyt wolno aby nazywać się już bezpiecznymi i odciętymi od podejrzeń co do bijatyki w gospodzie.
Przemoczony, wychłodzony i wyczerpany po walce sam czułem, jak palący mięśnie ból powoli przeradza się w otępiające zmysły zmęczenie. Mroczki tańczące przed oczami nie mogły jednak sprawić, aby mój wzrok złagodniał albo co gorsza – nie dajcie Pradawni – wyglądał na rozbiegany. Trzymałem się prosto, choć ból w kręgosłupie i prawym przedramieniu powodował mdłości. Warknąłem coś do jednego ze zwiadowców, ledwie powstrzymując napływającą do ust żółć.
Nienaturalnie często przełykając ślinę, zrobiłem jeszcze jedno okrążenie wokół naszego noclegu, po czym zeskoczyłem z siodła na niebezpiecznie drżące nogi, rozsiodłałem Etariela i wreszcie udałem się na odpoczynek.
W drzwiach natknąłem się na dwójkę żołnierzy rozmawiających gorączkowo, nienaturalnie przyciszonymi głosami. Normalnie zignorowałbym ten ludzki przejaw braku opanowania, ale moje czułe uszy wychwyciły słowa o odosobnionym miejscu na rozklekotanej antresoli tuż pod przeciekającym w wielu miejscach dachem zapuszczonej stodoły.
— Zajmę to miejsce — wszedłem im w słowo, ściągając na siebie uwagę obydwóch żołdaków. Jeden z nich zawiercił się nerwowo w miejscu, drugi wpatrzył się we mnie hardo bez ruchu. — Macie pilnować, żeby nikt nie ośmielił się tam włazić.
Kolejne przestąpienie z nogi na nogę.
— Czy wyrażam się jasno? — warknąłem ponaglająco po chwili ciszy, czując, że dłużej nie mogę się powstrzymywać. Byłem wyczerpany zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Rzadko się to zdarzało, na szczęście dla otaczających mnie ludzi.
— Tak jest — odmruknął wreszcie ten odważniejszy.
Nie poświęcając im ani sekundy więcej, odwróciłem się na pięcie. Wspiąłem się po drabinie na górę, używając do tego resztek sił i zapadłem w półsen, gdy tylko rzuciłem się na siano wraz z niebezpiecznym jękiem desek, na którym ono leżało. Zawsze spałem w ten czujny, nie dający pełnego wypoczynku i regeneracji sposób. Czasem, w domu, głęboko w świętym lesie elfów sypiałem lepiej, ale poza nim nigdy nie zdarzyło mi się prawdziwie odpocząć podczas snu. Słyszałem wolno zrywający się wiatr, odnotowałem moment, w którym deszcz ustąpił i przestał hałaśliwie uderzać w połać dachu. Czujnie zanotowałem czyjąś obecność, ciche skrzypnięcie stopnia i dalekie głosy, których sensu nie wyłapałem.
Nie miewałem snów. Może dlatego, że nie wpadałem w najgłębszą fazę snu – ale wolałem sądzić, że mój organizm dobrze wiedział, że mary nocne tylko uśpiłyby moją czujność i pozbył się ich jak niepotrzebnego rupiecia. Nie byłem na jawie, ale nie istniałem też we śnie.
Mimo tego, kiedy przyszedł czas pobudki, a nastąpił on zdecydowanie zbyt szybko, zmęczenie ustąpiło lekko. Niechętnie cofnęło się w głąb organizmu, pozwalając mi na bardziej trzeźwy osąd sytuacji, na logiczne myślenie i skupienie się. Tego wszystkiego potrzebowałem wyjątkowo w chwili, w której rozpoczęło się poranne życie obozu i przyszło do spotkań oraz ustaleń. Trwało to zdecydowanie zbyt długo i było winą ludzkiej ułomności, ale w końcu mogliśmy dosiadać wierzchowców.
Tam dopadła mnie księżniczka. Na moment uniosłem oczy ku górze, zbierając całe opanowanie, a później odwróciłem się do niej z tym samym neutralnym wyrazem twarzy, który przybierałem na co dzień.
— Jak tylko znajdziemy się na neutralnej, bezpiecznej ziemi i rozbijemy prawdziwy obóz na dłużej niż trzy godziny żałosnej namiastki snu — odpowiedziałem względnie spokojnie, równym głosem nie znajdującym oznak wyczerpania czy irytacji.
Dziewczyna też nie wyglądała na taką, która jest w pełni sił, z pewnością jednak wywar, który kazałem przygotować jednej z elfek pomógł jej stanąć na nogi.
— Trzeba było wejść na górę i zapytać wtedy, a nie cofać się przed kimś tak nisko postawionym... księżniczko — dodałem niespodziewanie, czując jak jeden kącik ust unosi się w kpiącym półuśmiechu. — To niepodobne, żebyś słuchała rozkazów swoich podwładnych.
Po tych słowach znów odwróciłem się do siodłanego przeze mnie Etariela. Zarżał cicho i byłem pewien, że patrzył na dziewczynę. Może coś jej nawet powiedział, coś – znając jego – obraźliwego na mój temat. Mocno dociągnąłem popręg w ramach milczącego rewanżu, wyciskając mu tym samym powietrze z płuc.
— Idź, wsiadaj. Za trzy minuty wymarsz — mruknąłem jeszcze do dziewczyny, choć odwrócony już byłem w stronę wielkiego jelenia, po czym włożyłem nogę w strzemię i zgrabnie wskoczyłem na wysokie siodło.
Wyruszyliśmy w czasie dokładnym co do sekundy, zostawiając za plecami przytuloną do granicy lasu, walącą się ruderę o drewnianej konstrukcji. Dzień zapowiadał się na mroźny, ale przynajmniej nie groził nam deszcz.
Granicę minęliśmy cztery dni później. Jeszcze przez ponad dobę zagłębialiśmy się w kraj, aż wreszcie znaleźliśmy miejsce idealne na dłuższy postój, który miał służyć regeneracji wierzchowców i odpoczynkowi całej kampanii. Niektórzy liczyli na załatwienie innych, ważniejszych spraw, do tej grupy zaliczał się Yoel, a inni na zacieśnienie relacji pomiędzy dwoma rasami.
Ja miałem za cel tylko zbliżenie się do mojej ofiary, teraz, kiedy sytuacja wreszcie mogła się okazać ku temu dogodna.
------------------------------------------------------------------------------------