Teraz nie był odpowiedni czas na informacje od Królowej; Yoel wiedział o tym, ale zawsze lubił
wybierać najmniej odpowiednie momenty dla przeciwnika. Tym razem nie
zamierzałem dać się w to wciągnąć. Skłoniłem się tylko sztywno w stronę
towarzysza, po czym bez słowa spiąłem wierzchowca piętami i razem ruszyliśmy w
stronę prowizorycznego schronienia. Większość grupy, zarówno ludzie jak i elfy,
praktycznie leciała już z siodeł. Nie dziwiłem się im. Jechaliśmy przez deszcz
ponad sześć godzin bez przerwy, mozolnie posuwając się do przodu, wciąż zbyt
wolno aby nazywać się już bezpiecznymi i odciętymi od podejrzeń co do bijatyki
w gospodzie.
Przemoczony, wychłodzony i wyczerpany po walce sam czułem,
jak palący mięśnie ból powoli przeradza się w otępiające zmysły zmęczenie.
Mroczki tańczące przed oczami nie mogły jednak sprawić, aby mój wzrok
złagodniał albo co gorsza – nie dajcie Pradawni – wyglądał na rozbiegany.
Trzymałem się prosto, choć ból w kręgosłupie i prawym przedramieniu powodował
mdłości. Warknąłem coś do jednego ze zwiadowców, ledwie powstrzymując
napływającą do ust żółć.
Nienaturalnie często przełykając ślinę, zrobiłem jeszcze
jedno okrążenie wokół naszego noclegu, po czym zeskoczyłem z siodła na
niebezpiecznie drżące nogi, rozsiodłałem Etariela i wreszcie udałem się na
odpoczynek.
W drzwiach natknąłem się na dwójkę żołnierzy rozmawiających
gorączkowo, nienaturalnie przyciszonymi głosami. Normalnie zignorowałbym ten
ludzki przejaw braku opanowania, ale moje czułe uszy wychwyciły słowa o
odosobnionym miejscu na rozklekotanej antresoli tuż pod przeciekającym w wielu
miejscach dachem zapuszczonej stodoły.
— Zajmę to miejsce — wszedłem im w słowo, ściągając na
siebie uwagę obydwóch żołdaków. Jeden z nich zawiercił się nerwowo w miejscu,
drugi wpatrzył się we mnie hardo bez ruchu. — Macie pilnować, żeby nikt nie
ośmielił się tam włazić.
Kolejne przestąpienie z nogi na nogę.
— Czy wyrażam się jasno? — warknąłem ponaglająco po chwili
ciszy, czując, że dłużej nie mogę się powstrzymywać. Byłem wyczerpany zarówno
fizycznie, jak i psychicznie. Rzadko się to zdarzało, na szczęście dla
otaczających mnie ludzi.
— Tak jest — odmruknął wreszcie ten odważniejszy.
Nie poświęcając im ani sekundy więcej, odwróciłem się na pięcie.
Wspiąłem się po drabinie na górę, używając do tego resztek sił i zapadłem w
półsen, gdy tylko rzuciłem się na siano wraz z niebezpiecznym jękiem desek, na
którym ono leżało. Zawsze spałem w ten czujny, nie dający pełnego wypoczynku i
regeneracji sposób. Czasem, w domu, głęboko w świętym lesie elfów sypiałem lepiej,
ale poza nim nigdy nie zdarzyło mi się prawdziwie odpocząć podczas snu.
Słyszałem wolno zrywający się wiatr, odnotowałem moment, w którym deszcz
ustąpił i przestał hałaśliwie uderzać w połać dachu. Czujnie zanotowałem czyjąś
obecność, ciche skrzypnięcie stopnia i dalekie głosy, których sensu nie
wyłapałem.
Nie miewałem snów. Może dlatego, że nie wpadałem w
najgłębszą fazę snu – ale wolałem sądzić, że mój organizm dobrze wiedział, że
mary nocne tylko uśpiłyby moją czujność i pozbył się ich jak niepotrzebnego
rupiecia. Nie byłem na jawie, ale nie istniałem też we śnie.
Mimo tego, kiedy przyszedł czas pobudki, a nastąpił on
zdecydowanie zbyt szybko, zmęczenie ustąpiło lekko. Niechętnie cofnęło się w
głąb organizmu, pozwalając mi na bardziej trzeźwy osąd sytuacji, na logiczne
myślenie i skupienie się. Tego wszystkiego potrzebowałem wyjątkowo w chwili, w
której rozpoczęło się poranne życie obozu i przyszło do spotkań oraz ustaleń.
Trwało to zdecydowanie zbyt długo i było winą ludzkiej ułomności, ale w końcu
mogliśmy dosiadać wierzchowców.
Tam dopadła mnie księżniczka. Na moment uniosłem oczy ku
górze, zbierając całe opanowanie, a później odwróciłem się do niej z tym samym
neutralnym wyrazem twarzy, który przybierałem na co dzień.
— Jak tylko znajdziemy się na neutralnej, bezpiecznej ziemi
i rozbijemy prawdziwy obóz na dłużej niż trzy godziny żałosnej namiastki snu —
odpowiedziałem względnie spokojnie, równym głosem nie znajdującym oznak
wyczerpania czy irytacji.
Dziewczyna też nie wyglądała na taką, która jest w pełni
sił, z pewnością jednak wywar, który kazałem przygotować jednej z elfek pomógł
jej stanąć na nogi.
— Trzeba było wejść na górę i zapytać wtedy, a nie cofać
się przed kimś tak nisko postawionym... księżniczko — dodałem niespodziewanie,
czując jak jeden kącik ust unosi się w kpiącym półuśmiechu. — To niepodobne,
żebyś słuchała rozkazów swoich podwładnych.
Po tych słowach znów odwróciłem się do siodłanego przeze
mnie Etariela. Zarżał cicho i byłem pewien, że patrzył na dziewczynę. Może coś
jej nawet powiedział, coś – znając jego – obraźliwego na mój temat. Mocno
dociągnąłem popręg w ramach milczącego rewanżu, wyciskając mu tym samym
powietrze z płuc.
— Idź, wsiadaj. Za trzy minuty wymarsz — mruknąłem jeszcze
do dziewczyny, choć odwrócony już byłem w stronę wielkiego jelenia, po czym
włożyłem nogę w strzemię i zgrabnie wskoczyłem na wysokie siodło.
Wyruszyliśmy w czasie dokładnym co do sekundy, zostawiając
za plecami przytuloną do granicy lasu, walącą się ruderę o drewnianej
konstrukcji. Dzień zapowiadał się na mroźny, ale przynajmniej nie groził nam
deszcz.
Granicę minęliśmy cztery dni później. Jeszcze przez ponad
dobę zagłębialiśmy się w kraj, aż wreszcie znaleźliśmy miejsce idealne na
dłuższy postój, który miał służyć regeneracji wierzchowców i odpoczynkowi całej
kampanii. Niektórzy liczyli na załatwienie innych, ważniejszych spraw, do tej
grupy zaliczał się Yoel, a inni na zacieśnienie relacji pomiędzy dwoma rasami.
Ja miałem za cel tylko zbliżenie się do mojej ofiary, teraz,
kiedy sytuacja wreszcie mogła się okazać ku temu dogodna.
