Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
niedziela, 23 września 2018
37.

        
 Ostrzegał, że nie będzie to przyjemne, lecz słowa elfa obijały się w jej głowie z głuchym łoskotem nie sprowadzając na nią błogiej świadomości, że delikatne dłonie z długimi palcami nigdy nie dzierżyły nic cięższego niż tomiszcze ksiąg, które z takim zamiłowaniem czytała. Palce nigdy nie zraniły się niczym ostrzejszym niż fragment pergaminu lub struny z instrumentów na których uczyła się gry. Nie była wojownikiem, była damą – dzieckiem wpędzonym w kozi róg. Zmuszonym przez szok do tego, by szukać sposobu na obronę, a w tej chwili ostrze wydawało się jej najlepszym z możliwych. Nie zwróciła uwagi na jego słowa, przynajmniej nie w głębszym sensie. Kto bowiem zrozumiałby, albo chciałby pojąć głębie słów długowiecznego elfa? Nie dziecko jakim ona była, nie panna za jaką chciała uchodzić, może i zaczęły się w niej zmiany, dostrzegła szczyt góry zwanej wojną, przyozdobiony szkarłatem i zapachem ziemi. Powoli kiełkował w niej jeździec, ale jeszcze nie teraz, nie w tym czasie. To dopiero początek jej drogi – zmiany, lub przegranej, oczywiście z tego również nie zdawała sobie sprawy.
         Zmęczenie panowało nad jej ciałem. Otulało ją niczym puchowa pierzyna, którą tak bardzo lubiła owijać się w zimowe wieczory, kiedy to jeszcze była ukochanym dziecięciem ojca, kiedy to zamiast rozkazu wyklucia smoczego potwora dostawała książki z różnych zakątków świata. Zmęczona drogą przymykała oczy i wybudzała się gwałtownie za każdym razem kiedy koń nerwowo rżał, albo poruszył się niespokojnie. Uda paliły ją żywym ogniem, ciało wręcz krzyczało z bólu, plecy, ramiona, dłonie zaciskające się na wodzach obcierały się, stawały się miejscami twardsze i bolesne zwiastując odciski niepoznane jeszcze przez ciało damy. W połączeniu z tym wszystkim co przeżyła wydawało się jej to końcem świata, krańcem możliwości. Mimo iż elf obiecał, że nauczy ją walki tak obecnie targały nią wątpliwości, a stres powoli ogarniał całe ciało walcząc z sennością do której jej ciało przyzwyczajone nie było.
         W końcu jednak poczuła, że jej ciało osuwa się z wierzchowca i w ostatniej chwili ktoś złapał ją za ramiona, przeciągając całą swoją siłą na drugi grzbiet. Rozbudzona tą nagłą zmianą położenia jej ciała zobaczyła twarz przyozdobioną zmarszczkami i blizną ciągnącą się od lewego ucha aż wargi, gdzie skryła się za gęstą siwiejącą brodą. Lodowo niebieskie oczy spojrzały na nią łagodnie, czego nie spodziewała się spotkać tutaj na środku niczego, w trasie w nieznane.
     —  Odpocznij pani, ten dzień jest trudny dla wojownika, a co dopiero dla kobiety.    była mu wdzięczna. Nie za fakt pomocy, lecz za to, że dostrzegł w niej istotę tak inną od nich wszystkich. Przecież ona nie nadawała się do wojny. Nie do tego była stworzona, nie miała świadomości ile siły w niej spoczywa. Lecz myśli zostały przerwane ciało za bardzo domagało się snu, a wtedy jej głowa bezwolnie opadła na męskie ramię, które wręcz z ojcowską troską obejmowało ją i nie pozwalało opaść z końskiego grzbietu.
         Sny nie zawsze są łaskawe, Morfeusz nie zawsze obejmuje ludzi z wyrazem troski. Matka niekiedy nie da rady czuwać nad swymi dziećmi dzień i noc. Dla księżniczki noce ostatnio nie były najłaskawsze, nie przynosiły upragnionego wypoczynku, ani marzeń o chwale i życiu na piedestale. Było w nich mnóstwo ognia, mroku i nieznajomego głosu, który nawiedzał ją czasem i na jawie. Tym razem również nie śniła o niczym dobrym, znów ujrzała twarz przebitą ostrzem, znów czuła szarpanie na ciele, słyszała krzyki, lecz gdy poczuła pierwsze krople krwi na twarzy otworzyła oczy bo tym oto sposobem nie stała już w karczmie. Stała na szczycie wzgórza i obserwowała wschodzące słońce, a na horyzoncie obserwowała rosnącą czarną plamę, tak szybko zbliżająca się w jej stronę. Stawał się coraz większy i przybierał coraz bardziej znajome kształty. W końcu mogła stwierdzić co to jest, ale nim dokładnie przyjrzała się gadowi ten dmuchnął w nią ogniem i w tej właśnie chwili sen się skończył.
          W powietrzu unosił się zapach siana, wilgoci i deszczu. Większość spała, część siedziała na zewnątrz utrzymując wartę. Ona sama leżała nieco dalej od innych, bardziej w głębi sali i nagle poczuła, że upadła tak nisko – ona, jedna z najwspanialszych panien królestwa Nar spała na sianie, wśród żołnierzy niczym zwykła ladacznica. Kiedy dostrzegła obluzowane deski z tyłu budowli wstała i starając się nie narobić hałasu wymknęła się przeciskając się w szczelinie i wtedy zdała sobie sprawę jak wewnątrz było duszno i parno. Teraz przyjemny chłód gładził jej twarz sprawiając, że wybudziła się z resztek sennego otępienia. Mokra ziemia ugniatała się pod jej stopami momentalnie zachodząc wodą, a sama panna zaczęła przyglądać się wschodzącemu słońcu, które coraz pewniej górowało nad wzniesieniami. Rozejrzała się nieśmiało po okolicy, a później zerknęła ponownie w szczelinę, którą wymknęła się z pomieszczenia. Zastanawiało ją czy elf nadal śpi, nie wiedziała czemu, ale poczuła, że zaczyna mu ufać, choć ostrzegano ją przed tą nacją. On obiecał ją chronić, nauczyć walki, była więc jak dziecko, które ciągnęło do kogoś, kto zaoferuje jej silne ramię i ochroni przed złem tego świata. Pytaniem było, czy zechce ją uczyć w tej chwili. Nie dostrzegła go w środku, ruszyła więc pewnym siebie krokiem przed budynek, siedziało tam kilku strażników, którzy nie mieli nawet siły poderwać się, gdy podeszła do nich. W normalnych warunkach ubodłoby ją to, teraz jednak nie miała do tego głowy, chciała odnaleźć elfa, lecz nigdzie go nie widziała. Skinęła głową w stronę żołnierzy i weszła do środka stodoły. Na dole go nie było, ale były tam również schody prowadzące do prowizorycznej antresoli, gdzie piętrzyła się kolejna góra siana. Powoli ruszyła stopień po stopniu i na samej górze dostrzegła ciemnowłosą postać wyciągniętą na sianie. Wtem jej ciałem wstrząsnęły wątpliwości – nie wyglądał na bezbronnego, nawet we śnie zdawał się roztaczać wkoło siebie aurę wyższości i tej typowej dla wojaków, mroczniejszej, nietypowej dla elfów groźnej poświaty śmierci. Czy jednak innego dnia odważy się? Może te lekcje walki były złym pomysłem. Nie powinna, ruszyła krok wstecz, a stopień zatrzeszczał. Poczuła jak odbija się od kogoś, gwałtownie odwróciła się i ujrzała młodą twarz jednego w wojowników jej ojca.
     —  Co tu robisz pani? To nie jest miejsce dla ciebie.   rzekł chłodno, a ona odwróciła wzrok krępując się oskarżycielskim tonem i tą dziwną zawiścią w jego oczach.
     —  Szukam miejsca w którym mogę odpocząć na osobności    skłamała szybko, czując, że prawda byłaby dla niej uwłaczająca.
     —  Lepiej zejdź pani, zjedz coś, zaraz wyruszamy w dalszą drogę   wskazał jej drogę w dół, a ona kątem oka zerknęła jeszcze na elfa i poszła droga wskazaną przez wojownika.  
          Zjadła co jej dali, bez marudzenia, przy prowizorycznym, ledwo rozpalonym ognisku wypiła kubek ciepłego naparu z ziół, który dali jej, by się nie pochorowała po tym jak przemarzła po wczorajszej ulewie. Po skończonym posiłku mężczyźni debatowali, a ona znudzona ich paplaniem wstała i ruszyła do koni. Gładziła pysk swojego wierzchowca, tego, którego podarował jej ojciec – nie tego dzikusa od elfiego dowódcy. Wtedy gdzieś obok niej przemknął niezwykły towarzysz Saevherne'a, przyglądała mu się przez dłuższy czas, aż w końcu wyciągnęła dłoń w jego stronę. Ten tylko obwąchał ją i powrócił do swych zacnych zajęć jak skubanie trawy. Wtedy dostrzegła, że większość kampanii wybudziła się i zaczęła zbierać do drogi. Korzystając więc z okazji odnalazła przywódcę i w chwili, gdy nikt nie zawracał mu głowy podeszła do niego.
     —  Kiedy zaczniemy?   zapytała z lekkim wahaniem w głosie, niczym dziecko obawiające się kary za swe słowa.  

------------------------------------------------------------------------------------