Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
sobota, 5 stycznia 2019
38.


Teraz nie był odpowiedni czas na informacje od Królowej; Yoel wiedział o tym, ale zawsze lubił wybierać najmniej odpowiednie momenty dla przeciwnika. Tym razem nie zamierzałem dać się w to wciągnąć. Skłoniłem się tylko sztywno w stronę towarzysza, po czym bez słowa spiąłem wierzchowca piętami i razem ruszyliśmy w stronę prowizorycznego schronienia. Większość grupy, zarówno ludzie jak i elfy, praktycznie leciała już z siodeł. Nie dziwiłem się im. Jechaliśmy przez deszcz ponad sześć godzin bez przerwy, mozolnie posuwając się do przodu, wciąż zbyt wolno aby nazywać się już bezpiecznymi i odciętymi od podejrzeń co do bijatyki w gospodzie.
Przemoczony, wychłodzony i wyczerpany po walce sam czułem, jak palący mięśnie ból powoli przeradza się w otępiające zmysły zmęczenie. Mroczki tańczące przed oczami nie mogły jednak sprawić, aby mój wzrok złagodniał albo co gorsza – nie dajcie Pradawni – wyglądał na rozbiegany. Trzymałem się prosto, choć ból w kręgosłupie i prawym przedramieniu powodował mdłości. Warknąłem coś do jednego ze zwiadowców, ledwie powstrzymując napływającą do ust żółć.
Nienaturalnie często przełykając ślinę, zrobiłem jeszcze jedno okrążenie wokół naszego noclegu, po czym zeskoczyłem z siodła na niebezpiecznie drżące nogi, rozsiodłałem Etariela i wreszcie udałem się na odpoczynek.
W drzwiach natknąłem się na dwójkę żołnierzy rozmawiających gorączkowo, nienaturalnie przyciszonymi głosami. Normalnie zignorowałbym ten ludzki przejaw braku opanowania, ale moje czułe uszy wychwyciły słowa o odosobnionym miejscu na rozklekotanej antresoli tuż pod przeciekającym w wielu miejscach dachem zapuszczonej stodoły.
— Zajmę to miejsce — wszedłem im w słowo, ściągając na siebie uwagę obydwóch żołdaków. Jeden z nich zawiercił się nerwowo w miejscu, drugi wpatrzył się we mnie hardo bez ruchu. — Macie pilnować, żeby nikt nie ośmielił się tam włazić.
Kolejne przestąpienie z nogi na nogę.
— Czy wyrażam się jasno? — warknąłem ponaglająco po chwili ciszy, czując, że dłużej nie mogę się powstrzymywać. Byłem wyczerpany zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Rzadko się to zdarzało, na szczęście dla otaczających mnie ludzi.
— Tak jest — odmruknął wreszcie ten odważniejszy.
Nie poświęcając im ani sekundy więcej, odwróciłem się na pięcie. Wspiąłem się po drabinie na górę, używając do tego resztek sił i zapadłem w półsen, gdy tylko rzuciłem się na siano wraz z niebezpiecznym jękiem desek, na którym ono leżało. Zawsze spałem w ten czujny, nie dający pełnego wypoczynku i regeneracji sposób. Czasem, w domu, głęboko w świętym lesie elfów sypiałem lepiej, ale poza nim nigdy nie zdarzyło mi się prawdziwie odpocząć podczas snu. Słyszałem wolno zrywający się wiatr, odnotowałem moment, w którym deszcz ustąpił i przestał hałaśliwie uderzać w połać dachu. Czujnie zanotowałem czyjąś obecność, ciche skrzypnięcie stopnia i dalekie głosy, których sensu nie wyłapałem.
Nie miewałem snów. Może dlatego, że nie wpadałem w najgłębszą fazę snu – ale wolałem sądzić, że mój organizm dobrze wiedział, że mary nocne tylko uśpiłyby moją czujność i pozbył się ich jak niepotrzebnego rupiecia. Nie byłem na jawie, ale nie istniałem też we śnie.
Mimo tego, kiedy przyszedł czas pobudki, a nastąpił on zdecydowanie zbyt szybko, zmęczenie ustąpiło lekko. Niechętnie cofnęło się w głąb organizmu, pozwalając mi na bardziej trzeźwy osąd sytuacji, na logiczne myślenie i skupienie się. Tego wszystkiego potrzebowałem wyjątkowo w chwili, w której rozpoczęło się poranne życie obozu i przyszło do spotkań oraz ustaleń. Trwało to zdecydowanie zbyt długo i było winą ludzkiej ułomności, ale w końcu mogliśmy dosiadać wierzchowców.
Tam dopadła mnie księżniczka. Na moment uniosłem oczy ku górze, zbierając całe opanowanie, a później odwróciłem się do niej z tym samym neutralnym wyrazem twarzy, który przybierałem na co dzień.
— Jak tylko znajdziemy się na neutralnej, bezpiecznej ziemi i rozbijemy prawdziwy obóz na dłużej niż trzy godziny żałosnej namiastki snu — odpowiedziałem względnie spokojnie, równym głosem nie znajdującym oznak wyczerpania czy irytacji.
Dziewczyna też nie wyglądała na taką, która jest w pełni sił, z pewnością jednak wywar, który kazałem przygotować jednej z elfek pomógł jej stanąć na nogi.
— Trzeba było wejść na górę i zapytać wtedy, a nie cofać się przed kimś tak nisko postawionym... księżniczko — dodałem niespodziewanie, czując jak jeden kącik ust unosi się w kpiącym półuśmiechu. — To niepodobne, żebyś słuchała rozkazów swoich podwładnych.
Po tych słowach znów odwróciłem się do siodłanego przeze mnie Etariela. Zarżał cicho i byłem pewien, że patrzył na dziewczynę. Może coś jej nawet powiedział, coś – znając jego – obraźliwego na mój temat. Mocno dociągnąłem popręg w ramach milczącego rewanżu, wyciskając mu tym samym powietrze z płuc.
— Idź, wsiadaj. Za trzy minuty wymarsz — mruknąłem jeszcze do dziewczyny, choć odwrócony już byłem w stronę wielkiego jelenia, po czym włożyłem nogę w strzemię i zgrabnie wskoczyłem na wysokie siodło.
Wyruszyliśmy w czasie dokładnym co do sekundy, zostawiając za plecami przytuloną do granicy lasu, walącą się ruderę o drewnianej konstrukcji. Dzień zapowiadał się na mroźny, ale przynajmniej nie groził nam deszcz.
Granicę minęliśmy cztery dni później. Jeszcze przez ponad dobę zagłębialiśmy się w kraj, aż wreszcie znaleźliśmy miejsce idealne na dłuższy postój, który miał służyć regeneracji wierzchowców i odpoczynkowi całej kampanii. Niektórzy liczyli na załatwienie innych, ważniejszych spraw, do tej grupy zaliczał się Yoel, a inni na zacieśnienie relacji pomiędzy dwoma rasami.
Ja miałem za cel tylko zbliżenie się do mojej ofiary, teraz, kiedy sytuacja wreszcie mogła się okazać ku temu dogodna.
------------------------------------------------------------------------------------
niedziela, 23 września 2018
37.

        
 Ostrzegał, że nie będzie to przyjemne, lecz słowa elfa obijały się w jej głowie z głuchym łoskotem nie sprowadzając na nią błogiej świadomości, że delikatne dłonie z długimi palcami nigdy nie dzierżyły nic cięższego niż tomiszcze ksiąg, które z takim zamiłowaniem czytała. Palce nigdy nie zraniły się niczym ostrzejszym niż fragment pergaminu lub struny z instrumentów na których uczyła się gry. Nie była wojownikiem, była damą – dzieckiem wpędzonym w kozi róg. Zmuszonym przez szok do tego, by szukać sposobu na obronę, a w tej chwili ostrze wydawało się jej najlepszym z możliwych. Nie zwróciła uwagi na jego słowa, przynajmniej nie w głębszym sensie. Kto bowiem zrozumiałby, albo chciałby pojąć głębie słów długowiecznego elfa? Nie dziecko jakim ona była, nie panna za jaką chciała uchodzić, może i zaczęły się w niej zmiany, dostrzegła szczyt góry zwanej wojną, przyozdobiony szkarłatem i zapachem ziemi. Powoli kiełkował w niej jeździec, ale jeszcze nie teraz, nie w tym czasie. To dopiero początek jej drogi – zmiany, lub przegranej, oczywiście z tego również nie zdawała sobie sprawy.
         Zmęczenie panowało nad jej ciałem. Otulało ją niczym puchowa pierzyna, którą tak bardzo lubiła owijać się w zimowe wieczory, kiedy to jeszcze była ukochanym dziecięciem ojca, kiedy to zamiast rozkazu wyklucia smoczego potwora dostawała książki z różnych zakątków świata. Zmęczona drogą przymykała oczy i wybudzała się gwałtownie za każdym razem kiedy koń nerwowo rżał, albo poruszył się niespokojnie. Uda paliły ją żywym ogniem, ciało wręcz krzyczało z bólu, plecy, ramiona, dłonie zaciskające się na wodzach obcierały się, stawały się miejscami twardsze i bolesne zwiastując odciski niepoznane jeszcze przez ciało damy. W połączeniu z tym wszystkim co przeżyła wydawało się jej to końcem świata, krańcem możliwości. Mimo iż elf obiecał, że nauczy ją walki tak obecnie targały nią wątpliwości, a stres powoli ogarniał całe ciało walcząc z sennością do której jej ciało przyzwyczajone nie było.
         W końcu jednak poczuła, że jej ciało osuwa się z wierzchowca i w ostatniej chwili ktoś złapał ją za ramiona, przeciągając całą swoją siłą na drugi grzbiet. Rozbudzona tą nagłą zmianą położenia jej ciała zobaczyła twarz przyozdobioną zmarszczkami i blizną ciągnącą się od lewego ucha aż wargi, gdzie skryła się za gęstą siwiejącą brodą. Lodowo niebieskie oczy spojrzały na nią łagodnie, czego nie spodziewała się spotkać tutaj na środku niczego, w trasie w nieznane.
     —  Odpocznij pani, ten dzień jest trudny dla wojownika, a co dopiero dla kobiety.    była mu wdzięczna. Nie za fakt pomocy, lecz za to, że dostrzegł w niej istotę tak inną od nich wszystkich. Przecież ona nie nadawała się do wojny. Nie do tego była stworzona, nie miała świadomości ile siły w niej spoczywa. Lecz myśli zostały przerwane ciało za bardzo domagało się snu, a wtedy jej głowa bezwolnie opadła na męskie ramię, które wręcz z ojcowską troską obejmowało ją i nie pozwalało opaść z końskiego grzbietu.
         Sny nie zawsze są łaskawe, Morfeusz nie zawsze obejmuje ludzi z wyrazem troski. Matka niekiedy nie da rady czuwać nad swymi dziećmi dzień i noc. Dla księżniczki noce ostatnio nie były najłaskawsze, nie przynosiły upragnionego wypoczynku, ani marzeń o chwale i życiu na piedestale. Było w nich mnóstwo ognia, mroku i nieznajomego głosu, który nawiedzał ją czasem i na jawie. Tym razem również nie śniła o niczym dobrym, znów ujrzała twarz przebitą ostrzem, znów czuła szarpanie na ciele, słyszała krzyki, lecz gdy poczuła pierwsze krople krwi na twarzy otworzyła oczy bo tym oto sposobem nie stała już w karczmie. Stała na szczycie wzgórza i obserwowała wschodzące słońce, a na horyzoncie obserwowała rosnącą czarną plamę, tak szybko zbliżająca się w jej stronę. Stawał się coraz większy i przybierał coraz bardziej znajome kształty. W końcu mogła stwierdzić co to jest, ale nim dokładnie przyjrzała się gadowi ten dmuchnął w nią ogniem i w tej właśnie chwili sen się skończył.
          W powietrzu unosił się zapach siana, wilgoci i deszczu. Większość spała, część siedziała na zewnątrz utrzymując wartę. Ona sama leżała nieco dalej od innych, bardziej w głębi sali i nagle poczuła, że upadła tak nisko – ona, jedna z najwspanialszych panien królestwa Nar spała na sianie, wśród żołnierzy niczym zwykła ladacznica. Kiedy dostrzegła obluzowane deski z tyłu budowli wstała i starając się nie narobić hałasu wymknęła się przeciskając się w szczelinie i wtedy zdała sobie sprawę jak wewnątrz było duszno i parno. Teraz przyjemny chłód gładził jej twarz sprawiając, że wybudziła się z resztek sennego otępienia. Mokra ziemia ugniatała się pod jej stopami momentalnie zachodząc wodą, a sama panna zaczęła przyglądać się wschodzącemu słońcu, które coraz pewniej górowało nad wzniesieniami. Rozejrzała się nieśmiało po okolicy, a później zerknęła ponownie w szczelinę, którą wymknęła się z pomieszczenia. Zastanawiało ją czy elf nadal śpi, nie wiedziała czemu, ale poczuła, że zaczyna mu ufać, choć ostrzegano ją przed tą nacją. On obiecał ją chronić, nauczyć walki, była więc jak dziecko, które ciągnęło do kogoś, kto zaoferuje jej silne ramię i ochroni przed złem tego świata. Pytaniem było, czy zechce ją uczyć w tej chwili. Nie dostrzegła go w środku, ruszyła więc pewnym siebie krokiem przed budynek, siedziało tam kilku strażników, którzy nie mieli nawet siły poderwać się, gdy podeszła do nich. W normalnych warunkach ubodłoby ją to, teraz jednak nie miała do tego głowy, chciała odnaleźć elfa, lecz nigdzie go nie widziała. Skinęła głową w stronę żołnierzy i weszła do środka stodoły. Na dole go nie było, ale były tam również schody prowadzące do prowizorycznej antresoli, gdzie piętrzyła się kolejna góra siana. Powoli ruszyła stopień po stopniu i na samej górze dostrzegła ciemnowłosą postać wyciągniętą na sianie. Wtem jej ciałem wstrząsnęły wątpliwości – nie wyglądał na bezbronnego, nawet we śnie zdawał się roztaczać wkoło siebie aurę wyższości i tej typowej dla wojaków, mroczniejszej, nietypowej dla elfów groźnej poświaty śmierci. Czy jednak innego dnia odważy się? Może te lekcje walki były złym pomysłem. Nie powinna, ruszyła krok wstecz, a stopień zatrzeszczał. Poczuła jak odbija się od kogoś, gwałtownie odwróciła się i ujrzała młodą twarz jednego w wojowników jej ojca.
     —  Co tu robisz pani? To nie jest miejsce dla ciebie.   rzekł chłodno, a ona odwróciła wzrok krępując się oskarżycielskim tonem i tą dziwną zawiścią w jego oczach.
     —  Szukam miejsca w którym mogę odpocząć na osobności    skłamała szybko, czując, że prawda byłaby dla niej uwłaczająca.
     —  Lepiej zejdź pani, zjedz coś, zaraz wyruszamy w dalszą drogę   wskazał jej drogę w dół, a ona kątem oka zerknęła jeszcze na elfa i poszła droga wskazaną przez wojownika.  
          Zjadła co jej dali, bez marudzenia, przy prowizorycznym, ledwo rozpalonym ognisku wypiła kubek ciepłego naparu z ziół, który dali jej, by się nie pochorowała po tym jak przemarzła po wczorajszej ulewie. Po skończonym posiłku mężczyźni debatowali, a ona znudzona ich paplaniem wstała i ruszyła do koni. Gładziła pysk swojego wierzchowca, tego, którego podarował jej ojciec – nie tego dzikusa od elfiego dowódcy. Wtedy gdzieś obok niej przemknął niezwykły towarzysz Saevherne'a, przyglądała mu się przez dłuższy czas, aż w końcu wyciągnęła dłoń w jego stronę. Ten tylko obwąchał ją i powrócił do swych zacnych zajęć jak skubanie trawy. Wtedy dostrzegła, że większość kampanii wybudziła się i zaczęła zbierać do drogi. Korzystając więc z okazji odnalazła przywódcę i w chwili, gdy nikt nie zawracał mu głowy podeszła do niego.
     —  Kiedy zaczniemy?   zapytała z lekkim wahaniem w głosie, niczym dziecko obawiające się kary za swe słowa.  

------------------------------------------------------------------------------------
wtorek, 7 sierpnia 2018
36.



Jej odpowiedź, to dziwne słowo, którym ludzie tak uwielbiali się przepychać przy każdej okazji uznając to za grzeczne, a czasem wręcz wymagane, przyjąłem obojętnością – jeśli takową można nazwać po prostu brak reakcji. Byłem już w połowie odwrotu na pięcie, gdy dotarło ono do moich uszu, a sekundę później dookoła zawrzał zgiełk, rozległy się szczęki dziesiątek zbroi. Ludzie i elfy zareagowały na komendę i zaczęli się zbierać do wymarszu. A ten i tak był już opóźniony.
‘nie znać ludzi, drayce‘
Czasem zapominałem, że Etariel jest obok mnie. Pozwalałem mu na swobodny kontakt, a więc miał łączność z większością moich myśli przez cały czas – poza tymi, które trzymałem w zamknięciu przed wszystkimi, do których dostępu nie miał nikt na tym świecie. Ta umiejętność kosztowała mnie wiele wysiłku i łez, ale bez niej nie mógłbym stać na miejscu, w którym się znalazłem.
Włożyłem lewą stopę w strzemiono i miękko odbiłem się od ziemi, w locie przekładając drugą nogę nad siodłem i nachylając się nieco nad szyją wierzchowca aby sobie to ułatwić. Był znacznie wyższy niż jakikolwiek koń, więc dosiadanie go wiązało się nie tylko z patrzeniem na innych dumnie z góry, ale też problemami z samym wspięciem się na jego grzbiet.
— Może znasz ich lepiej ode mnie? — zapytałem półgębkiem, mrużąc oczy i prostując się w kulbace.
‘pewnie‘
Parsknięcie z chrap i lekkie rzucenie głową towarzyszyły tej prostej, aczkolwiek ostrej uwadze wbijającej mi się w mózg.
‘czytać ich myśli, ty tor’ch‘
Gdybym był młodszy, pewnie bym się żachnął, obrażony za tą zniewagę w dawno wymarłym języku, którego pochodzenia sam nie byłem pewien. Nie zrobiłem tego. Etariel po raz kolejny rozładował napięcie czające się gdzieś w moim ciele, spinające mięśnie na tyle lekko, żeby tego nie zauważyć lecz wystarczająco mocno, aby je męczyć. Skinąłem głową zwiadowcy, a ten popędził konia i ruszyliśmy przed siebie, najpierw dość ostrym kłusem po pustym o tej porze trakcie. Musieliśmy wykorzystać dobrą nawierzchnię na oddalenie się od miejsca awantury, jako że deszczowi nie zbierało się na koniec. Lało równo, rzęsiście, nie tracąc na sile ani na niej nie przybierając. Dopiero kiedy skręciliśmy w gęstwinę lasu zwolniliśmy tempa, kłus przeszedł w mozolny stęp, a jednym z nowych odgłosów równomiernie rozlegającym się dookoła było cmokanie końskich podków w błocie.
Nie wiem kiedy zrównała się ze mną księżniczka, ale oderwała mnie od swoich myśli i nieprzyjemnie przypominała, że wciąż tutaj jest. A jednak tak wiele zmieniło się w ciągu zaledwie kilkunastu, może kilkudziesięciu minut w karczmie. Musiała wciąż być w szoku. Wcześniej niewychowana smarkula stała się teraz zdystansowaną, cichą i niepewną dziewczyną. Po prostu dziewczyną, żadną tam księżniczką czy damą.
Jej słowa niestety odbiły się zdziwieniem na mojej twarzy. Ktoś jeszcze pomyśli, że robię się na to wszystko za stary. Sam gotów byłem tak pomyśleć.
— Dobrze — odpowiedziałem spokojnie, przenosząc spojrzenie jeszcze chwilę temu skierowane na twarz, teraz na dłonie i palce zaciskające się na wodzach. Widziałem kobiety o delikatniejszych dłoniach, które władały mieczem lepiej, niż niejedne spracowane, przyzwyczajone do ciężkiej broni dłonie mężczyzny. Oczywiście nie dało się po palcach księżniczki określić, czy będzie dobrą wojowniczką. A szkoda. — Zawsze jednak możesz zdać się na mnie — zniżyłem głos tak, żeby słowa mogły zawirować między nami i rozproszyć się, nie docierając do uszu innych członków kompanii. — Przynajmniej do chwili, w której nauczysz się sama bronić.
Odwróciłem wzrok, nie widząc celu w zabawianiu się słowami i nie zamierzając wciągać się w gierki słowne. Oboje przypuszczalnie byliśmy wykończeni. I nie tylko my. Etariel narzekał częściej niż zwykle, w taką pogodę odzywała się jego dusza wiecznego malkontenta i zgryźliwca. Dawał o sobie znać częstszymi, krótkimi jak zwykle uwagami.
Powiodłem spojrzeniem po okolicy, nagle czując ukłucie beznadziei. W lesie nie dało się spać, na otwartym terenie było to zbyt niebezpieczne, a jak okiem sięgnąć – czyli niedaleko zważywszy na ograniczone pole widzenia – nie było niczego, co zapewniałoby choćby minimalny komfort.
— Ostrzegam, że to nie będzie nic przyjemnego — podjąłem nagle, nie patrząc już w stronę dziewczyny. Nieruchomy wzrok wbiłem w jakiś punkt przed sobą. — I jeśli uważasz, że doświadczyłaś już ode mnie wiele nieprzyjemności, czuję się w obowiązku poinformować, że jesteś w błędzie. To kwestia elfiej tradycji treningu, który sam przeszedłem. Nikt po nim nie zostaje taki sam i obawiam się, że nie będę umiał uczyć inaczej...
Urwałem, ugryzłem się w język.
A potem uśmiechnąłem się pod nosem i pokręciłem lekko głową.
— W deszczu odzywają się stare urazy po walce i melancholia. Wybacz.
Po czym pogoniłem marudzącego Etariela piętami. Kiedy jeleń wreszcie zmusił się do szybszego kroku, wyprzedziłem księżniczkę i wysunąłem się na przód wyprawy, mając nadzieję że w ten sposób jasno dałem znać, że ta rozmowa się zakończyła.

Zwiadowca znalazł miejsce na nocleg – choć ciężko o nim mówić, kiedy dochodziła godzina czwarta nad ranem – kilkadziesiąt minut później. Okazała się nim opuszczona stodoła w oddaleniu od zabitej dziurami wioski, którą przetrzebiło wojsko lub epidemia. Kilku ludzi sprawdzało każdy kąt, a ja nie chciałem po sobie pokazać, że ledwie siedzę w siodle. Z marsową miną i zaciśniętymi wargami czekałem, aż zdadzą raport i wtedy obok mnie pojawił się Yoel, jak zwykle w milczeniu, niemożliwy do wykrycia przez niewprawne ucho.
— Królowa się ze mną kontaktowała — zaczął melodyjnie, jakby wcale nie był środek nieprzespanej nocy w siodle po krwawej walce. — Mam coś dla ciebie. Z księżniczką wszystko na dobrej drodze? — te dwa zdania powiedział naraz tak, jakby ich waga w ogóle się nie różniła.
A mnie ciężki kamień osiadł na dnie żołądka.
— Jak najlepszej — odparłem chłodno, automatycznie kierując spojrzenie na Saenari siedzącą w siodle nieco dalej.
Kłamstwa nigdy nie przychodziły mi z trudem.


------------------------------------------------------------------------------------
poniedziałek, 2 lipca 2018
35.



        
 Jedyne co zrobiła to pokręciła przecząco głową, rana, jeśli tak można było nazwać to drobne przecięcie skóry nie była opatrzona jak należy, ale przecież ludzie mieli gorsze urazy, ktoś stracił palec, komuś pozostawiono pamiątkę na twarzy w postaci blizny. Ona swoją ramę przemyła i owinęła, by nie poplamić ubrań, było do odruchowe działanie, bo całe jej ciało mimo iż urażone, przyozdobione wydobywającymi się jeszcze spod skóry sińcami było nadal pod działaniem adrenaliny i szoku. Ból przyjdzie później, gdy spokojnie złoży głowę na posłaniu, gdy przyjdzie jej zamknąć oczy i znów ujrzy tą twarz nad swoją, gdy będzie próbowała poruszyć nogami i czuć będzie zaciskające się na kostkach palce niewidzialnego człowieka. Będąc pomiędzy snem, a jawą znów ujrzy oblicze, gdzie oczodoły sztyletem zostały przebite, a uśmiech – lubieżny i złośliwy będzie zawisał tuż nad jej obliczem. Teraz jednak to nie było miejsce i pora na cierpienie, zbyt wiele się tu wydarzyło. Zapach krwi nadal wisiał w powietrzu, atmosfera ciężka niczym żelazo wisiała nad nimi nie pozwalając opuścić gardy, zupełnie jakby ktoś znów miał zaatakować.      —  Przemyłam ją wodą i mydłem    wyszeptała smętnie patrząc w ziemię. Czuła wstyd, nie mogła patrzeć elfowi w oczy, czując się przy nim jakby była zaledwie pyłem, marnym, niepotrafiącym nic zrobić stworzeniem. Jedynie przypadek ją uratował.
         Jak mogła mu o tym powiedzieć? Patrząc w oczy dowódcy, elfa na którym powinna polegać. Jak ona – księżniczka Państwa Przymierza miała przyznać się do tego, że jest słaba? Czemu miała ochotę w tej chwili płakać jak dziecko, obnażyć przed nim i przed każdym innym tą swoją słabość. Jego słowa i głos były mocne, pewne. Nie było w nich głaskania po głowie, które znała, gdy coś się działo. Nie był czułym, troskliwym piastunem, był prawdziwym przywódcą, który kilkoma słowami wyprowadził ją z tych wątpliwości zaszczepiając w niej kolejne ziarenko, które będzie kiełkować przez pewien czas nim pojmie co tak naprawdę narodziło się w chwili, gdy dzierżąca ostrze dłoń przeszyła tamto ciało. Dziwiło ją jednak to, że zwykły wojownik, mówi jak król. Zupełnie jakby był w tym szkolony, a może wszystkie elfy posiadały tą zdolność, może każdy z nich rodził się z takimi zdolnościami, tylko ona nie chciała tego widzieć. Z przyrodnim rodzeństwem nie miała dobrych relacji, nie prowadziła z nimi żywych dyskusji. Matka wydała swoje pasierbice dość szybko za mąż, była jeszcze dzieckiem, gdy najstarsza opuszczała zamek, niewiele starsza, gdy robiła to kolejna siostra. Z braćmi zaś niekoniecznie prowadziła zawiłe dysputy, zwłaszcza z przyrodnim, dziedzicem tronu. Elfy znała więc z opowieści, własnych przekonań i dużej dawki nienawiści ludzi, którzy wmawiali, że są to stworzenia, którym ufać nienależny. Czy jednak możliwym było powstrzymanie tego kiełkującego zaufania? Tego uczucia, że jest godny zaufania? Może jednak szukała tratwy na wzburzonym morzu, kogoś na kim będzie mogła polegać tak jak zawsze polegała na innych jako księżniczka. Tylko czy nadal nią była? Mordując, wędrując z wojownikami nie łatwo było zachowywać się tak jak nakazywały zwyczaje. Kim więc była? Chyba sama zaczęła się w tym gubić, ale słowa ciemnowłosego były niczym latarnia morska, niczym światełko we mgle. Może nie uśmiechnęła się, jej twarz nadal pozostała bez emocji, ale wewnątrz czuła dziwny rodzaj ulgi. Kamień nie spadł jej z barków, był tam i pewnie przez długi czas pozostanie do czasu, aż nie nauczy się z nim żyć tak samo jak on, do momentu, aż nie zacznie doceniać poranków bardziej od tego co się wydarzyło, od tego jak ma to wyglądać. Czy jednak będzie to łatwe do porzucenia, w końcu jest księżniczką, jej narzeczony ma wielkie szanse na pretendowanie do tronu więc może kiedyś zostanie królową. Będąc więc władczynią da radę cieszyć się z każdego poranka? Będzie je cenić? Czy może ugrzęźnie w świecie własnych zmartwień? 
     —  Dziękuje    to były jedyne słowa jakie powiedziała w jego stronę. Była pełna wdzięczności za te słowa, za zrozumienie, a właściwie za pewnego rodzaju ściągnięcie z niej tego grzechu, zmazanie go z niej niczym deszcz, który właśnie obmywał ich z brudu.
          Deszcz zacinał nieprzerwanie, jechali teraz przez las, bocznymi, mniej uczęszczanymi drogami. Nie mogli poruszać się szybko przez otaczającą ich ciemność przez mokrą ziemię. Musieli uważać, nie tylko na zbójów, którzy mogliby ich zaatakować, ale również na to by konie nie zrobiły sobie krzywdy. W zamoczonym gruncie łatwo było bowiem nieodpowiednio stanąć człowiekowi, a co dopiero objuczonemu zwierzęciu. 
          Saenari jechała tuż za dowódcą obserwując końską grzywę, nie odzywała się słowem, w sumie nikt nic nie mówił. Atmosfera była napięta, każdy chyba odczuł boleśnie stratę towarzyszy, nie tylko przez wzgląd na przywiązanie do nich, ale może bardziej przez fakt, że uświadomili sobie, jak niebezpieczna jest ta misja. Sama księżniczka przekonała się o tym boleśnie i miała ochotę wrócić do pałacu, płakać i błagać ojca by nigdy więcej nie wysyłał jej w takie miejsca. Z drugiej zaś strony przyniosłaby mu wstyd, pohańbiłaby całe królestwo cały pakt z elfami i naraziła się na pogardę. Czy jednak nie naraziła się na nią dotykając tego jaja? Czy pakt sam w sobie nie był już wystarczającym wstydem dla panny? Nie mogła zawieść, musiała przywieść pisklę do domu i wystawić je przed oblicze ojca. Ta myśl kazała jej zrównać się z dowódcą i zerknąć na niego niepewnie. Pomysł ten ciążył jej już od kilku godzin w głowie, właściwie od momentu w którym opuścili gospodę.      —  Naucz mnie walczyć. Chcę umieć się bronić. Nie chcę zdawać się na innych i na przypadek    nigdy nie wiadomo kiedy taka sytuacja znów się powtórzy, ale wiedziała jedno, nie chce znów zaznać tego uczucia strachu i bezbronności jakiego zaznała wtedy na drewnianej podłodze, gdy była gotowa modlić się w głos do Matki i Stworzyciela by zabrali ją do Navy. Wolała w takiej chwili modlić się do Wojownika o siłę i odwagę. Może była to duma, a może ten głos w głowie, który kazał jej niszczyć nie należał do tej sennej mary, do bestii która ją dręczyła, a właśnie do niej samej. Do tej części jej osoby, która dopiero się tworzyła, albo była w niej cały czas lecz wyłącznie uśpiona.      —  Proszę    dodała jeszcze świdrując go wzrokiem. Nigdy nie prosiła, a właśnie w tej chwili była gotowa to zrobić. Wiedziała, że jeśli się nie zgodzi będzie dalej nalegać lub pójdzie do kogoś innego, jednak to właśnie w tych złotych oczach odnalazła coś co sprawiało, że potrafiła zdobyć się na te słowa z kimś innym mogłoby nie pójść jej tak łatwo, mogłaby nie zdobyć się na tą odwagę i zniżenie się do proszenia. 

------------------------------------------------------------------------------------
środa, 20 czerwca 2018
34.


I mam cię też zabić. Ale to nieistotne, nie teraz, z pewnością nie dla ciebie. Z dziwnego, nienazwanego jeszcze uczucia, które wbrew sobie poczułem w stosunku do księżniczki postanowiłem zrobić to szybko i możliwie bezboleśnie. Może nawet nie zorientuje się, że umiera, kiedy nadejdzie ten czas. Ale to, na to jeszcze nie czas.
Dziewczyna milczała, a ja czekałem cierpliwie, nie poganiając jej ani jednym słowem czy gestem. Chciałem dać do zrozumienia, że ma czas. Może nie byliśmy do tej pory dla siebie zbyt mili, ale najwyższa pora to naprawić, pokazać, jaki potrafię być troskliwy, że przejmuję się losem swojej podopiecznej, że też czuję. A że odbędzie się to tylko na zasadzie pokazu, cóż, trudno. Nawet jeśli nieszczere, zawsze to jakieś uczucia. Wcześniej, kiedy nas napadli, postąpiłem zbyt intuicyjnie, za szybko rzuciłem się na tyły w kierunku Jaja i choć się to oczywiście opłaciło, ona w końcu mogła nabrać podejrzeń, że nie jest dla mnie ważna. A tego argumentu z pewnością bym nie chciał jej dać do rąk.
Wreszcie na mnie spojrzała. Przyjąłem ten wzrok, utrzymałem, choć zdawał się mówić tak wiele i nic jednocześnie. Ach. O to chodziło? O śmierć?
Ze zrozumieniem pojawiło się również zdziwienie. Księżniczka Saenari kogoś zabiła? Czy to w ogóle możliwe, patrząc na jej posturę i wyobrażając sobie rodzaj nauk, które pobierała przez całe swoje życie w zamku? Przypomniałem sobie nagle, że nawet mnie, wtedy pod drzewem, zdołała zaskoczyć. Coś w tym musiało być, ale wciąż wątpiłem, że ktoś poważnie podszedł do potrzeby nauczenia jej walki. Kiedy podjęła opowieść, wciąż słuchałem, a wyraz mojej twarzy nie zmienił się nawet o cal. Jednocześnie obserwowałem dziewczynę teraz zupełnie pod innym kątem niż jeszcze chwilę temu, aż do momentu, w którym rzeczywiście przyznała się do tego czynu.
Nie zdążyłem wymyślić żadnej odpowiedzi – nagle pozostawiony zwyczajnie bez słów, bo te od pocieszenia i zrozumienia nie zdołały się przecisnąć przez gardło – kiedy obok nas pojawił się żołnierz, a księżniczka oddaliła się razem z nim. Zostawiając pytania bez odpowiedzi w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu stała.
Czy pamiętam? Zabiłem tylu ludzi i elfów, tyle zwierząt i innych żywych istot, że nie potrafiłem już zliczyć ani zapamiętać chociaż drobnego ułamka z nich. To byli tacy, jak ci w karczmie; bez twarzy, bez tła, bez imienia czy nazwy, postrzegani tylko jako zagrożenie, które musiałem wyeliminować jeśli sam chciałem przeżyć. A nie pragnąłem niczego bardziej niż to; niczyje dobro nie było w tym momencie ważniejsze niż moje własne. Dlatego nie, nie pamiętałem pierwszego zabójstwa ani żadnego kolejnego, nie pamiętałem szoku ani tego wszystkiego, co teraz wstrząsało księżniczką, co malowało się na jej bladej twarzy, gdy odchodziła. Nie mogłem tego pamiętać, bo chciałem być silny, bo musiałem wyrzucić to z myśli. A może dlatego, że po pierwszym zabójstwie stało się tyle przerażających rzeczy, że tamto nie miało już żadnego znaczenia. Te wspomnienia wyblakły w moim umyśle, ale nie samoistnie; wyparłem je, odepchnąłem, odciąłem się od nich żeby przeżyć i być silniejszym.
Nie ruszyłem się i z oddali oglądałem całą tą ceremonię, która na celu miała pocieszenie żywych bardziej niż przyniesienie korzyści zmarłym, którym nic już nie mogło zapewne pomóc. W strugach deszczu, stałem i patrzyłem, przez chwilę starając się nie myśleć. A kiedy i to mi się znudziło, poprawiłem popręg wierzchowcowi księżniczki, sprawdziłem też strzemiona i wędzidło w pysku pięknego zwierzęcia. Trzymałem wodze w ręce, kiedy dziewczyna znów podeszła.
— Ktoś zajął się tą raną na poważnie? Nawet powierzchowna może być źródłem zakażenia — powiedziałem spokojnie, pomijając chwilowo pytanie, które zadała. Skinąłem jednocześnie głową w stronę przedramienia, gdzie przed chwilą pokazała mi opatrunek.
A potem wziąłem wdech, przetrzymałem chwilę powietrze w płucach i wypuściłem z sykiem. Jako przygotowanie do tego, co zamierzałem powiedzieć. Deszcz tworzył ścieżki kropel na twarzy, ramionach i plecach, przyjemnie łaskotał i nie doskwierał tak bardzo dzięki dość wysokiej temperaturze panującej mimo ulewy. Z tyłu szczękały łopaty i zgrzytała ziemia, kiedy kopano zmarłych. Tylko deszcz szumiał nieustannie, bo ludzie i elfy praktycznie nie rozmawiali; jeśli już, wyłącznie szeptem.
— Zabiłaś człowieka. — Pierwsze słowa padły niczym osąd, którym nie były. Kontynuowałem, nie wahając się ani chwili: — Zrobiłaś to, żeby przeżyć, Saenari. Być może gdyby nie odwaga w tamtej chwili, teraz ty leżałabyś gdzieś na podłodze i twoja krew wsiąkałaby w drewno. — Używałem dosadnych słów, ale nie było teraz dla mnie miejsca na delikatności, nawet jeśli do nich ta dziewczyna była przyzwyczajana od urodzenia. Teraz się zmieniła; powoli zaczęła się przekształcać, choć może nie zwróciła jeszcze na to uwagi. Albo wręcz przeciwnie, sądząc po jej pustym spojrzeniu. — Życie popycha nas do okrutnych czynów, ale wolna przetrwania to coś, co mocno szarpie się w każdym z nas. Dlatego nie martwię się, że go zabiłaś ani nie zamierzam cię za to osądzać. Nikt z nas tego nie zrobi. Dlatego, że to dowodzi twojej siły, że ta właśnie wola jest w tobie silniejsza niż ułomność z którą się rodzimy, niż słabość i załamanie.
Mówiłem równym głosem, w którym słychać było moc i pewność siebie. Może to była gra. A może to płynęło szczerze z głębi serca.
— Nie pamiętam pierwszego zabójstwa nie dlatego, że mam kiepską pamięć i żyję dłużej, niż ty kiedykolwiek będziesz zdolna przeżyć ale dlatego, że wybrałem zapomnienie. Bo moja wola przetrwania jest silniejsza niż strach, szczęście z kolejnego poranka większe niż żal za zmarłymi. Może kiedyś ty też to zrozumiesz. — Ostatnie zdanie wypowiedziałem z autentycznym cieniem uśmiechu na wargach. Przecież nie zdąży tego zrobić, Drayce. Nie będzie miała szansy. — Wsiadać na konie! Ruszamy! — krzyknąłem nagle, odwracając się w stronę ludzi i elfów kręcących się jakby bez celu dookoła naszej dwójki.
------------------------------------------------------------------------------------