Jej odpowiedź, to
dziwne słowo, którym ludzie tak uwielbiali się przepychać przy każdej okazji
uznając to za grzeczne, a czasem wręcz wymagane, przyjąłem obojętnością – jeśli
takową można nazwać po prostu brak reakcji. Byłem już w połowie odwrotu na
pięcie, gdy dotarło ono do moich uszu, a sekundę później dookoła zawrzał
zgiełk, rozległy się szczęki dziesiątek zbroi. Ludzie i elfy zareagowały na
komendę i zaczęli się zbierać do wymarszu. A ten i tak był już opóźniony.
‘nie znać ludzi,
drayce‘
Czasem zapominałem,
że Etariel jest obok mnie. Pozwalałem mu na swobodny kontakt, a więc miał
łączność z większością moich myśli przez cały czas – poza tymi, które trzymałem
w zamknięciu przed wszystkimi, do których dostępu nie miał nikt na tym świecie.
Ta umiejętność kosztowała mnie wiele wysiłku i łez, ale bez niej nie mógłbym
stać na miejscu, w którym się znalazłem.
Włożyłem lewą stopę
w strzemiono i miękko odbiłem się od ziemi, w locie przekładając drugą nogę nad
siodłem i nachylając się nieco nad szyją wierzchowca aby sobie to ułatwić. Był
znacznie wyższy niż jakikolwiek koń, więc dosiadanie go wiązało się nie tylko z
patrzeniem na innych dumnie z góry, ale też problemami z samym wspięciem się na
jego grzbiet.
— Może znasz ich
lepiej ode mnie? — zapytałem półgębkiem, mrużąc oczy i prostując się w kulbace.
‘pewnie‘
Parsknięcie z chrap
i lekkie rzucenie głową towarzyszyły tej prostej, aczkolwiek ostrej uwadze
wbijającej mi się w mózg.
‘czytać ich
myśli, ty tor’ch‘
Gdybym był młodszy,
pewnie bym się żachnął, obrażony za tą zniewagę w dawno wymarłym języku,
którego pochodzenia sam nie byłem pewien. Nie zrobiłem tego. Etariel po raz
kolejny rozładował napięcie czające się gdzieś w moim ciele, spinające mięśnie
na tyle lekko, żeby tego nie zauważyć lecz wystarczająco mocno, aby je męczyć.
Skinąłem głową zwiadowcy, a ten popędził konia i ruszyliśmy przed siebie,
najpierw dość ostrym kłusem po pustym o tej porze trakcie. Musieliśmy wykorzystać
dobrą nawierzchnię na oddalenie się od miejsca awantury, jako że deszczowi nie
zbierało się na koniec. Lało równo, rzęsiście, nie tracąc na sile ani na niej
nie przybierając. Dopiero kiedy skręciliśmy w gęstwinę lasu zwolniliśmy tempa,
kłus przeszedł w mozolny stęp, a jednym z nowych odgłosów równomiernie rozlegającym
się dookoła było cmokanie końskich podków w błocie.
Nie wiem kiedy
zrównała się ze mną księżniczka, ale oderwała mnie od swoich myśli i
nieprzyjemnie przypominała, że wciąż tutaj jest. A jednak tak wiele zmieniło
się w ciągu zaledwie kilkunastu, może kilkudziesięciu minut w karczmie. Musiała
wciąż być w szoku. Wcześniej niewychowana smarkula stała się teraz
zdystansowaną, cichą i niepewną dziewczyną. Po prostu dziewczyną, żadną tam
księżniczką czy damą.
Jej słowa niestety odbiły
się zdziwieniem na mojej twarzy. Ktoś jeszcze pomyśli, że robię się na to
wszystko za stary. Sam gotów byłem tak pomyśleć.
— Dobrze —
odpowiedziałem spokojnie, przenosząc spojrzenie jeszcze chwilę temu skierowane
na twarz, teraz na dłonie i palce zaciskające się na wodzach. Widziałem kobiety
o delikatniejszych dłoniach, które władały mieczem lepiej, niż niejedne
spracowane, przyzwyczajone do ciężkiej broni dłonie mężczyzny. Oczywiście nie
dało się po palcach księżniczki określić, czy będzie dobrą wojowniczką. A
szkoda. — Zawsze jednak możesz zdać się na mnie — zniżyłem głos tak, żeby słowa
mogły zawirować między nami i rozproszyć się, nie docierając do uszu innych
członków kompanii. — Przynajmniej do chwili, w której nauczysz się sama bronić.
Odwróciłem wzrok,
nie widząc celu w zabawianiu się słowami i nie zamierzając wciągać się w gierki
słowne. Oboje przypuszczalnie byliśmy wykończeni. I nie tylko my. Etariel
narzekał częściej niż zwykle, w taką pogodę odzywała się jego dusza wiecznego
malkontenta i zgryźliwca. Dawał o sobie znać częstszymi, krótkimi jak zwykle
uwagami.
Powiodłem
spojrzeniem po okolicy, nagle czując ukłucie beznadziei. W lesie nie dało się
spać, na otwartym terenie było to zbyt niebezpieczne, a jak okiem sięgnąć – czyli
niedaleko zważywszy na ograniczone pole widzenia – nie było niczego, co
zapewniałoby choćby minimalny komfort.
— Ostrzegam, że to
nie będzie nic przyjemnego — podjąłem nagle, nie patrząc już w stronę
dziewczyny. Nieruchomy wzrok wbiłem w jakiś punkt przed sobą. — I jeśli
uważasz, że doświadczyłaś już ode mnie wiele nieprzyjemności, czuję się w obowiązku
poinformować, że jesteś w błędzie. To kwestia elfiej tradycji treningu, który
sam przeszedłem. Nikt po nim nie zostaje taki sam i obawiam się, że nie będę
umiał uczyć inaczej...
Urwałem, ugryzłem
się w język.
A potem uśmiechnąłem
się pod nosem i pokręciłem lekko głową.
— W deszczu odzywają
się stare urazy po walce i melancholia. Wybacz.
Po czym pogoniłem
marudzącego Etariela piętami. Kiedy jeleń wreszcie zmusił się do szybszego
kroku, wyprzedziłem księżniczkę i wysunąłem się na przód wyprawy, mając
nadzieję że w ten sposób jasno dałem znać, że ta rozmowa się zakończyła.
Zwiadowca znalazł
miejsce na nocleg – choć ciężko o nim mówić, kiedy dochodziła godzina czwarta
nad ranem – kilkadziesiąt minut później. Okazała się nim opuszczona stodoła w
oddaleniu od zabitej dziurami wioski, którą przetrzebiło wojsko lub epidemia.
Kilku ludzi sprawdzało każdy kąt, a ja nie chciałem po sobie pokazać, że ledwie
siedzę w siodle. Z marsową miną i zaciśniętymi wargami czekałem, aż zdadzą
raport i wtedy obok mnie pojawił się Yoel, jak zwykle w milczeniu, niemożliwy
do wykrycia przez niewprawne ucho.
— Królowa się ze mną
kontaktowała — zaczął melodyjnie, jakby wcale nie był środek nieprzespanej nocy
w siodle po krwawej walce. — Mam coś dla ciebie. Z księżniczką wszystko na
dobrej drodze? — te dwa zdania powiedział naraz tak, jakby ich waga w ogóle się
nie różniła.
A mnie ciężki kamień
osiadł na dnie żołądka.
— Jak najlepszej —
odparłem chłodno, automatycznie kierując spojrzenie na Saenari siedzącą w
siodle nieco dalej.
Kłamstwa nigdy nie
przychodziły mi z trudem.
