Jedyne co zrobiła to pokręciła przecząco głową, rana, jeśli tak można było nazwać to drobne przecięcie skóry nie była opatrzona jak należy, ale przecież ludzie mieli gorsze urazy, ktoś stracił palec, komuś pozostawiono pamiątkę na twarzy w postaci blizny. Ona swoją ramę przemyła i owinęła, by nie poplamić ubrań, było do odruchowe działanie, bo całe jej ciało mimo iż urażone, przyozdobione wydobywającymi się jeszcze spod skóry sińcami było nadal pod działaniem adrenaliny i szoku. Ból przyjdzie później, gdy spokojnie złoży głowę na posłaniu, gdy przyjdzie jej zamknąć oczy i znów ujrzy tą twarz nad swoją, gdy będzie próbowała poruszyć nogami i czuć będzie zaciskające się na kostkach palce niewidzialnego człowieka. Będąc pomiędzy snem, a jawą znów ujrzy oblicze, gdzie oczodoły sztyletem zostały przebite, a uśmiech – lubieżny i złośliwy będzie zawisał tuż nad jej obliczem. Teraz jednak to nie było miejsce i pora na cierpienie, zbyt wiele się tu wydarzyło. Zapach krwi nadal wisiał w powietrzu, atmosfera ciężka niczym żelazo wisiała nad nimi nie pozwalając opuścić gardy, zupełnie jakby ktoś znów miał zaatakować. — Przemyłam ją wodą i mydłem — wyszeptała smętnie patrząc w ziemię. Czuła wstyd, nie mogła patrzeć elfowi w oczy, czując się przy nim jakby była zaledwie pyłem, marnym, niepotrafiącym nic zrobić stworzeniem. Jedynie przypadek ją uratował.
Jak mogła mu o tym powiedzieć? Patrząc w oczy dowódcy, elfa na którym powinna polegać. Jak ona – księżniczka Państwa Przymierza miała przyznać się do tego, że jest słaba? Czemu miała ochotę w tej chwili płakać jak dziecko, obnażyć przed nim i przed każdym innym tą swoją słabość. Jego słowa i głos były mocne, pewne. Nie było w nich głaskania po głowie, które znała, gdy coś się działo. Nie był czułym, troskliwym piastunem, był prawdziwym przywódcą, który kilkoma słowami wyprowadził ją z tych wątpliwości zaszczepiając w niej kolejne ziarenko, które będzie kiełkować przez pewien czas nim pojmie co tak naprawdę narodziło się w chwili, gdy dzierżąca ostrze dłoń przeszyła tamto ciało. Dziwiło ją jednak to, że zwykły wojownik, mówi jak król. Zupełnie jakby był w tym szkolony, a może wszystkie elfy posiadały tą zdolność, może każdy z nich rodził się z takimi zdolnościami, tylko ona nie chciała tego widzieć. Z przyrodnim rodzeństwem nie miała dobrych relacji, nie prowadziła z nimi żywych dyskusji. Matka wydała swoje pasierbice dość szybko za mąż, była jeszcze dzieckiem, gdy najstarsza opuszczała zamek, niewiele starsza, gdy robiła to kolejna siostra. Z braćmi zaś niekoniecznie prowadziła zawiłe dysputy, zwłaszcza z przyrodnim, dziedzicem tronu. Elfy znała więc z opowieści, własnych przekonań i dużej dawki nienawiści ludzi, którzy wmawiali, że są to stworzenia, którym ufać nienależny. Czy jednak możliwym było powstrzymanie tego kiełkującego zaufania? Tego uczucia, że jest godny zaufania? Może jednak szukała tratwy na wzburzonym morzu, kogoś na kim będzie mogła polegać tak jak zawsze polegała na innych jako księżniczka. Tylko czy nadal nią była? Mordując, wędrując z wojownikami nie łatwo było zachowywać się tak jak nakazywały zwyczaje. Kim więc była? Chyba sama zaczęła się w tym gubić, ale słowa ciemnowłosego były niczym latarnia morska, niczym światełko we mgle. Może nie uśmiechnęła się, jej twarz nadal pozostała bez emocji, ale wewnątrz czuła dziwny rodzaj ulgi. Kamień nie spadł jej z barków, był tam i pewnie przez długi czas pozostanie do czasu, aż nie nauczy się z nim żyć tak samo jak on, do momentu, aż nie zacznie doceniać poranków bardziej od tego co się wydarzyło, od tego jak ma to wyglądać. Czy jednak będzie to łatwe do porzucenia, w końcu jest księżniczką, jej narzeczony ma wielkie szanse na pretendowanie do tronu więc może kiedyś zostanie królową. Będąc więc władczynią da radę cieszyć się z każdego poranka? Będzie je cenić? Czy może ugrzęźnie w świecie własnych zmartwień?
— Dziękuje — to były jedyne słowa jakie powiedziała w jego
stronę. Była pełna wdzięczności za te słowa, za zrozumienie, a
właściwie za pewnego rodzaju ściągnięcie z niej tego grzechu,
zmazanie go z niej niczym deszcz, który właśnie obmywał ich z
brudu.
Deszcz
zacinał nieprzerwanie, jechali teraz przez las, bocznymi, mniej
uczęszczanymi drogami. Nie mogli poruszać się szybko przez
otaczającą ich ciemność przez mokrą ziemię. Musieli uważać,
nie tylko na zbójów, którzy mogliby ich zaatakować, ale również
na to by konie nie zrobiły sobie krzywdy. W zamoczonym gruncie łatwo
było bowiem nieodpowiednio stanąć człowiekowi, a co dopiero
objuczonemu zwierzęciu.
Saenari
jechała tuż za dowódcą obserwując końską grzywę, nie odzywała
się słowem, w sumie nikt nic nie mówił. Atmosfera była napięta,
każdy chyba odczuł boleśnie stratę towarzyszy, nie tylko przez
wzgląd na przywiązanie do nich, ale może bardziej przez fakt, że
uświadomili sobie, jak niebezpieczna jest ta misja. Sama księżniczka
przekonała się o tym boleśnie i miała ochotę wrócić do pałacu,
płakać i błagać ojca by nigdy więcej nie wysyłał jej w takie
miejsca. Z drugiej zaś strony przyniosłaby mu wstyd, pohańbiłaby
całe królestwo cały pakt z elfami i naraziła się na pogardę.
Czy jednak nie naraziła się na nią dotykając tego jaja? Czy pakt
sam w sobie nie był już wystarczającym wstydem dla panny? Nie
mogła zawieść, musiała przywieść pisklę do domu i wystawić je
przed oblicze ojca. Ta myśl kazała jej zrównać się z dowódcą i
zerknąć na niego niepewnie. Pomysł ten ciążył jej już od kilku
godzin w głowie, właściwie od momentu w którym opuścili
gospodę. — Naucz mnie walczyć. Chcę umieć się bronić. Nie
chcę zdawać się na innych i na przypadek — nigdy nie wiadomo
kiedy taka sytuacja znów się powtórzy, ale wiedziała jedno, nie
chce znów zaznać tego uczucia strachu i bezbronności jakiego
zaznała wtedy na drewnianej podłodze, gdy była gotowa modlić się
w głos do Matki i Stworzyciela by zabrali ją do Navy. Wolała w
takiej chwili modlić się do Wojownika o siłę i odwagę. Może
była to duma, a może ten głos w głowie, który kazał jej
niszczyć nie należał do tej sennej mary, do bestii która ją
dręczyła, a właśnie do niej samej. Do tej części jej osoby,
która dopiero się tworzyła, albo była w niej cały czas lecz
wyłącznie uśpiona. — Proszę — dodała jeszcze świdrując
go wzrokiem. Nigdy nie prosiła, a właśnie w tej chwili była
gotowa to zrobić. Wiedziała, że jeśli się nie zgodzi będzie
dalej nalegać lub pójdzie do kogoś innego, jednak to właśnie w
tych złotych oczach odnalazła coś co sprawiało, że potrafiła
zdobyć się na te słowa z kimś innym mogłoby nie pójść jej tak
łatwo, mogłaby nie zdobyć się na tą odwagę i zniżenie się do
proszenia.
