Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
środa, 20 czerwca 2018
34.


I mam cię też zabić. Ale to nieistotne, nie teraz, z pewnością nie dla ciebie. Z dziwnego, nienazwanego jeszcze uczucia, które wbrew sobie poczułem w stosunku do księżniczki postanowiłem zrobić to szybko i możliwie bezboleśnie. Może nawet nie zorientuje się, że umiera, kiedy nadejdzie ten czas. Ale to, na to jeszcze nie czas.
Dziewczyna milczała, a ja czekałem cierpliwie, nie poganiając jej ani jednym słowem czy gestem. Chciałem dać do zrozumienia, że ma czas. Może nie byliśmy do tej pory dla siebie zbyt mili, ale najwyższa pora to naprawić, pokazać, jaki potrafię być troskliwy, że przejmuję się losem swojej podopiecznej, że też czuję. A że odbędzie się to tylko na zasadzie pokazu, cóż, trudno. Nawet jeśli nieszczere, zawsze to jakieś uczucia. Wcześniej, kiedy nas napadli, postąpiłem zbyt intuicyjnie, za szybko rzuciłem się na tyły w kierunku Jaja i choć się to oczywiście opłaciło, ona w końcu mogła nabrać podejrzeń, że nie jest dla mnie ważna. A tego argumentu z pewnością bym nie chciał jej dać do rąk.
Wreszcie na mnie spojrzała. Przyjąłem ten wzrok, utrzymałem, choć zdawał się mówić tak wiele i nic jednocześnie. Ach. O to chodziło? O śmierć?
Ze zrozumieniem pojawiło się również zdziwienie. Księżniczka Saenari kogoś zabiła? Czy to w ogóle możliwe, patrząc na jej posturę i wyobrażając sobie rodzaj nauk, które pobierała przez całe swoje życie w zamku? Przypomniałem sobie nagle, że nawet mnie, wtedy pod drzewem, zdołała zaskoczyć. Coś w tym musiało być, ale wciąż wątpiłem, że ktoś poważnie podszedł do potrzeby nauczenia jej walki. Kiedy podjęła opowieść, wciąż słuchałem, a wyraz mojej twarzy nie zmienił się nawet o cal. Jednocześnie obserwowałem dziewczynę teraz zupełnie pod innym kątem niż jeszcze chwilę temu, aż do momentu, w którym rzeczywiście przyznała się do tego czynu.
Nie zdążyłem wymyślić żadnej odpowiedzi – nagle pozostawiony zwyczajnie bez słów, bo te od pocieszenia i zrozumienia nie zdołały się przecisnąć przez gardło – kiedy obok nas pojawił się żołnierz, a księżniczka oddaliła się razem z nim. Zostawiając pytania bez odpowiedzi w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu stała.
Czy pamiętam? Zabiłem tylu ludzi i elfów, tyle zwierząt i innych żywych istot, że nie potrafiłem już zliczyć ani zapamiętać chociaż drobnego ułamka z nich. To byli tacy, jak ci w karczmie; bez twarzy, bez tła, bez imienia czy nazwy, postrzegani tylko jako zagrożenie, które musiałem wyeliminować jeśli sam chciałem przeżyć. A nie pragnąłem niczego bardziej niż to; niczyje dobro nie było w tym momencie ważniejsze niż moje własne. Dlatego nie, nie pamiętałem pierwszego zabójstwa ani żadnego kolejnego, nie pamiętałem szoku ani tego wszystkiego, co teraz wstrząsało księżniczką, co malowało się na jej bladej twarzy, gdy odchodziła. Nie mogłem tego pamiętać, bo chciałem być silny, bo musiałem wyrzucić to z myśli. A może dlatego, że po pierwszym zabójstwie stało się tyle przerażających rzeczy, że tamto nie miało już żadnego znaczenia. Te wspomnienia wyblakły w moim umyśle, ale nie samoistnie; wyparłem je, odepchnąłem, odciąłem się od nich żeby przeżyć i być silniejszym.
Nie ruszyłem się i z oddali oglądałem całą tą ceremonię, która na celu miała pocieszenie żywych bardziej niż przyniesienie korzyści zmarłym, którym nic już nie mogło zapewne pomóc. W strugach deszczu, stałem i patrzyłem, przez chwilę starając się nie myśleć. A kiedy i to mi się znudziło, poprawiłem popręg wierzchowcowi księżniczki, sprawdziłem też strzemiona i wędzidło w pysku pięknego zwierzęcia. Trzymałem wodze w ręce, kiedy dziewczyna znów podeszła.
— Ktoś zajął się tą raną na poważnie? Nawet powierzchowna może być źródłem zakażenia — powiedziałem spokojnie, pomijając chwilowo pytanie, które zadała. Skinąłem jednocześnie głową w stronę przedramienia, gdzie przed chwilą pokazała mi opatrunek.
A potem wziąłem wdech, przetrzymałem chwilę powietrze w płucach i wypuściłem z sykiem. Jako przygotowanie do tego, co zamierzałem powiedzieć. Deszcz tworzył ścieżki kropel na twarzy, ramionach i plecach, przyjemnie łaskotał i nie doskwierał tak bardzo dzięki dość wysokiej temperaturze panującej mimo ulewy. Z tyłu szczękały łopaty i zgrzytała ziemia, kiedy kopano zmarłych. Tylko deszcz szumiał nieustannie, bo ludzie i elfy praktycznie nie rozmawiali; jeśli już, wyłącznie szeptem.
— Zabiłaś człowieka. — Pierwsze słowa padły niczym osąd, którym nie były. Kontynuowałem, nie wahając się ani chwili: — Zrobiłaś to, żeby przeżyć, Saenari. Być może gdyby nie odwaga w tamtej chwili, teraz ty leżałabyś gdzieś na podłodze i twoja krew wsiąkałaby w drewno. — Używałem dosadnych słów, ale nie było teraz dla mnie miejsca na delikatności, nawet jeśli do nich ta dziewczyna była przyzwyczajana od urodzenia. Teraz się zmieniła; powoli zaczęła się przekształcać, choć może nie zwróciła jeszcze na to uwagi. Albo wręcz przeciwnie, sądząc po jej pustym spojrzeniu. — Życie popycha nas do okrutnych czynów, ale wolna przetrwania to coś, co mocno szarpie się w każdym z nas. Dlatego nie martwię się, że go zabiłaś ani nie zamierzam cię za to osądzać. Nikt z nas tego nie zrobi. Dlatego, że to dowodzi twojej siły, że ta właśnie wola jest w tobie silniejsza niż ułomność z którą się rodzimy, niż słabość i załamanie.
Mówiłem równym głosem, w którym słychać było moc i pewność siebie. Może to była gra. A może to płynęło szczerze z głębi serca.
— Nie pamiętam pierwszego zabójstwa nie dlatego, że mam kiepską pamięć i żyję dłużej, niż ty kiedykolwiek będziesz zdolna przeżyć ale dlatego, że wybrałem zapomnienie. Bo moja wola przetrwania jest silniejsza niż strach, szczęście z kolejnego poranka większe niż żal za zmarłymi. Może kiedyś ty też to zrozumiesz. — Ostatnie zdanie wypowiedziałem z autentycznym cieniem uśmiechu na wargach. Przecież nie zdąży tego zrobić, Drayce. Nie będzie miała szansy. — Wsiadać na konie! Ruszamy! — krzyknąłem nagle, odwracając się w stronę ludzi i elfów kręcących się jakby bez celu dookoła naszej dwójki.
------------------------------------------------------------------------------------