I mam cię też zabić. Ale to nieistotne, nie teraz, z
pewnością nie dla ciebie. Z dziwnego, nienazwanego jeszcze uczucia, które wbrew
sobie poczułem w stosunku do księżniczki postanowiłem zrobić to szybko i
możliwie bezboleśnie. Może nawet nie zorientuje się, że umiera, kiedy nadejdzie
ten czas. Ale to, na to jeszcze nie czas.
Dziewczyna milczała, a ja czekałem cierpliwie, nie
poganiając jej ani jednym słowem czy gestem. Chciałem dać do zrozumienia, że ma
czas. Może nie byliśmy do tej pory dla siebie zbyt mili, ale najwyższa pora to naprawić,
pokazać, jaki potrafię być troskliwy, że przejmuję się losem swojej
podopiecznej, że też czuję. A że
odbędzie się to tylko na zasadzie pokazu, cóż, trudno. Nawet jeśli nieszczere,
zawsze to jakieś uczucia. Wcześniej, kiedy nas napadli, postąpiłem zbyt
intuicyjnie, za szybko rzuciłem się na tyły w kierunku Jaja i choć się to
oczywiście opłaciło, ona w końcu mogła nabrać podejrzeń, że nie jest dla mnie
ważna. A tego argumentu z pewnością bym nie chciał jej dać do rąk.
Wreszcie na mnie spojrzała. Przyjąłem ten wzrok, utrzymałem,
choć zdawał się mówić tak wiele i nic jednocześnie. Ach. O to chodziło? O
śmierć?
Ze zrozumieniem pojawiło się również zdziwienie. Księżniczka
Saenari kogoś zabiła? Czy to w ogóle możliwe, patrząc na jej posturę i
wyobrażając sobie rodzaj nauk, które pobierała przez całe swoje życie w zamku? Przypomniałem
sobie nagle, że nawet mnie, wtedy pod drzewem, zdołała zaskoczyć. Coś w tym musiało
być, ale wciąż wątpiłem, że ktoś poważnie podszedł do potrzeby nauczenia jej
walki. Kiedy podjęła opowieść, wciąż słuchałem, a wyraz mojej twarzy nie
zmienił się nawet o cal. Jednocześnie obserwowałem dziewczynę teraz zupełnie
pod innym kątem niż jeszcze chwilę temu, aż do momentu, w którym rzeczywiście
przyznała się do tego czynu.
Nie zdążyłem wymyślić żadnej odpowiedzi – nagle pozostawiony
zwyczajnie bez słów, bo te od pocieszenia i zrozumienia nie zdołały się
przecisnąć przez gardło – kiedy obok nas pojawił się żołnierz, a księżniczka
oddaliła się razem z nim. Zostawiając pytania bez odpowiedzi w miejscu, w
którym jeszcze chwilę temu stała.
Czy pamiętam? Zabiłem tylu ludzi i elfów, tyle zwierząt i innych
żywych istot, że nie potrafiłem już zliczyć ani zapamiętać chociaż drobnego
ułamka z nich. To byli tacy, jak ci w karczmie; bez twarzy, bez tła, bez
imienia czy nazwy, postrzegani tylko jako zagrożenie, które musiałem
wyeliminować jeśli sam chciałem przeżyć. A nie pragnąłem niczego bardziej niż
to; niczyje dobro nie było w tym momencie ważniejsze niż moje własne. Dlatego
nie, nie pamiętałem pierwszego zabójstwa ani żadnego kolejnego, nie pamiętałem
szoku ani tego wszystkiego, co teraz wstrząsało księżniczką, co malowało się na
jej bladej twarzy, gdy odchodziła. Nie mogłem tego pamiętać, bo chciałem być
silny, bo musiałem wyrzucić to z myśli. A może dlatego, że po pierwszym zabójstwie
stało się tyle przerażających rzeczy, że tamto nie miało już żadnego znaczenia.
Te wspomnienia wyblakły w moim umyśle, ale nie samoistnie; wyparłem je,
odepchnąłem, odciąłem się od nich żeby przeżyć i być silniejszym.
Nie ruszyłem się i z oddali oglądałem całą tą ceremonię,
która na celu miała pocieszenie żywych bardziej niż przyniesienie korzyści
zmarłym, którym nic już nie mogło zapewne pomóc. W strugach deszczu, stałem i
patrzyłem, przez chwilę starając się nie myśleć. A kiedy i to mi się znudziło,
poprawiłem popręg wierzchowcowi księżniczki, sprawdziłem też strzemiona i
wędzidło w pysku pięknego zwierzęcia. Trzymałem wodze w ręce, kiedy dziewczyna
znów podeszła.
— Ktoś zajął się tą raną na poważnie? Nawet powierzchowna
może być źródłem zakażenia — powiedziałem spokojnie, pomijając chwilowo
pytanie, które zadała. Skinąłem jednocześnie głową w stronę przedramienia,
gdzie przed chwilą pokazała mi opatrunek.
A potem wziąłem wdech, przetrzymałem chwilę powietrze w
płucach i wypuściłem z sykiem. Jako przygotowanie do tego, co zamierzałem
powiedzieć. Deszcz tworzył ścieżki kropel na twarzy, ramionach i plecach, przyjemnie
łaskotał i nie doskwierał tak bardzo dzięki dość wysokiej temperaturze
panującej mimo ulewy. Z tyłu szczękały łopaty i zgrzytała ziemia, kiedy kopano
zmarłych. Tylko deszcz szumiał nieustannie, bo ludzie i elfy praktycznie nie
rozmawiali; jeśli już, wyłącznie szeptem.
— Zabiłaś człowieka. — Pierwsze słowa padły niczym osąd,
którym nie były. Kontynuowałem, nie wahając się ani chwili: — Zrobiłaś to, żeby
przeżyć, Saenari. Być może gdyby nie odwaga w tamtej chwili, teraz ty leżałabyś
gdzieś na podłodze i twoja krew wsiąkałaby w drewno. — Używałem dosadnych słów,
ale nie było teraz dla mnie miejsca na delikatności, nawet jeśli do nich ta
dziewczyna była przyzwyczajana od urodzenia. Teraz się zmieniła; powoli zaczęła
się przekształcać, choć może nie zwróciła jeszcze na to uwagi. Albo wręcz
przeciwnie, sądząc po jej pustym spojrzeniu. — Życie popycha nas do okrutnych
czynów, ale wolna przetrwania to coś, co mocno szarpie się w każdym z nas.
Dlatego nie martwię się, że go zabiłaś ani nie zamierzam cię za to osądzać.
Nikt z nas tego nie zrobi. Dlatego, że to dowodzi twojej siły, że ta właśnie
wola jest w tobie silniejsza niż ułomność z którą się rodzimy, niż słabość i załamanie.
Mówiłem równym głosem, w którym słychać było moc i pewność siebie.
Może to była gra. A może to płynęło szczerze z głębi serca.
— Nie pamiętam pierwszego zabójstwa nie dlatego, że mam
kiepską pamięć i żyję dłużej, niż ty kiedykolwiek będziesz zdolna przeżyć ale dlatego, że wybrałem zapomnienie. Bo moja wola przetrwania jest silniejsza niż strach, szczęście z kolejnego poranka większe niż żal za zmarłymi. Może
kiedyś ty też to zrozumiesz. — Ostatnie zdanie wypowiedziałem z autentycznym cieniem
uśmiechu na wargach. Przecież nie zdąży tego zrobić, Drayce. Nie będzie miała szansy. — Wsiadać na konie! Ruszamy! — krzyknąłem nagle, odwracając
się w stronę ludzi i elfów kręcących się jakby bez celu dookoła naszej dwójki.
