Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
poniedziałek, 18 czerwca 2018
33.
                                          


          Nie rozpalili ognia, nie mieli jak. Ciemna noc, niebo chciwie ukrywało gwiazdy i księżyc za gruba warstwą chmur. Obserwowała jak ludzie zabierają się do pracy, jak każdy uwija się, by jak najszybciej opuścić to miejsce. Ktoś nagle rozpalił pochodnię i wbił ją gdzieś między drzewami, chroniącymi ją od deszczu. Zerknęła na poplamione krwią ubrania w swojej dłoni i rzuciła je na stos szmat, który chyba miał być przeznaczony do spalenia, a później podeszła do konia i przyczepiła tobołek z rzekami do siodła. Chciała się za nim schronić i osłonić przed widokiem tego co robiła reszta. Zapewne będą grzebali ciała, może zostawią je na pożarcie wilkom. Nie wiedziała i nie bardzo obchodziło ją co zrobią z tymi, którzy ich zaatakowali. Była w szoku, niczym dzikie zwierzę pragnęła ucieczki, ale walczyła z tym uczuciem.
          Wtedy usłyszała głos. Uniosła głowę lustrując ciemnowłosego elfa nieobecnym spojrzeniem, jakby ten był zaledwie sennym majakiem. Kiedy zaczął mówić wybudziła się z natłoku myśli, jednak nie zaczęła tłumaczyć się jakby zrobiła to chwilę wcześniej. Nie miała zamiaru toczyć z nim słownej utarczki. 
     —  Poszłam za tobą    mruknęła cicho, niczym dziecko usprawiedliwiające się przed rodzicem. Opuściła głowę, gdy dał jej jasno znać co jest najważniejsze. Nie ona, córka króla, człowiek, żywa istota. Liczyło się wyłącznie jajo, smok, niewykluty jeszcze gad. Opuściła głowę jakby właśnie ją skarcił, tak jednak nie było, a ona musiała przywyknąć do swojej nowej roli. Zadufana dziewczyna właśnie dostała potężny cios od życia i nie utrzymała się nawet na kolanach odbierając go. Nie powiedziała nic na ten temat jedynie przytaknęła . Później on mówił, a ona słuchała. Jego głos, sens wypowiedzi przywołał tamte obrazy, obudził demony śpiące w jej głowie.
          Chwilę zajęło jej zastanowienie się nad odpowiedzią, nad tym co może mu przekazać i jak to zrobić. Czuła mdłości, zawroty głowy, kolana trzęsły się tak samo jak dłonie. Miała wrażenie, że kiedy tylko otworzy usta nie wydostaną się z nich żadne słowa a jedynie pisk i szloch, albo treść żołądkowa. Spojrzała na niego, wbiła wzrok w jego oczy i zaczęła mówić.
     — Czy pamiętasz twarze tych których zabiłeś? Pamiętasz je wszystkie? Czy ta pierwsza nadal nawiedza cię w snach?  Zapytała patrząc teraz na swoje dłonie, obecnie czyste, ale w jej oczach nadal zbrukane krwią mężczyzny, który nadział się na trzymane przez nią ostrze, a także krew chłopca, którego gwardzista jej ojca musiał ściąć oraz wszystkich innych, którzy dziś polegli Każda twarz jaką tylko jej pamięć zdążyła zarejestrować w przeciągu tych krótkich, szalonych i ulotnych niczym życie chwil stała jej teraz przed oczami i przewijała się niczym wizja jasnowidzów.  
          Elf zbliżył się, ona jednak nie ruszyła się z miejsca, nie przesunęła ani o krok w tył, ani w przód, nie uciekała. Nie miała na to siły. Nie chciała uciekać, czuła się jak dziecko, które potrzebuje rodzicielskiej troski. Dzieckiem jednak nie była, dziecko umarło – tam na brudnej, przesiąkniętej krwią drewnianej podłodze. Ten duch zostanie tam już na wieki, niczym kości w sarkofagu, dociśnięte do ziemi opasłym, męskim cielskiem do podłogi. Kwilący bezgłośnym szlochem, pozostawiony sam sobie.
          Przed elfim dowódcą nie stało już dziecko, rozpieszczona księżniczka chcąca tylko poklasku i atencji. Stała tam teraz rozbita dziewczyna, która chroniona pod kloszem rodzicielskiej troski teraz musiała zbyt szybko dojrzeć. Zapach krwi zerwał z niej beztroskę, twarze poległych zabiorą sen, razem z nim odejdzie poczucie bezpieczeństwa zostawiając strach, lęk i obrzydzenie. Uczucie wzgardy do samej siebie. Pogrążona w myślach uniosła oczy, zmęczone, puste i pozbawione dumy oraz blasku. Deszcz ściekał po jej twarzy przylepiając długie i ciemne kosmyki wyplecione z warkocza, smętnie zwisającego na jej plecach.
     —  Ja poszłam za tobą  —  mruknęła tak cicho, że prawie niesłyszalnie. Jej wzrok przemknął się z jego twarzy gdzieś w okolicę piersi, nie mogła patrzeć mu w oczy, nie czuła się na siłach.
     — Poszłam za tobą, wyszłam z sali głównej i poszłam za tobą, ale tam...tam był jeden więcej. On rzucił się na mnie, chciał mnie gdzieś zaciągnąć...ja...  urwała nagle i wzięła głęboki wdech po czym przełknęła ślinę.
     — Zabiłam    skończyła cicho i dopiero wtedy uniosła wzrok. Nie mówiła o tym co zrobiła później, o tej chorej satysfakcji, gdy wyciągała ostrze z rany, gdy wbijała je ponownie w ciało. Teraz ją to przerażało. Kim ona była? Przyszłą władczynią czy potworem? Zniszczenie tego cennego daru było takie łatwe, tak szybkie. Wystarczył kawałek ostrza, taniec mieczy i tyle.
           Tego dnia dowiedziała się czym jest wojna, śmierć, smak zabójstwa. Widziała twarze tych osób, widziała tamtego mężczyznę, ale jego jednego nie było jej szkoda. Na Navę, na Matkę, Wojownika, Czas i na samego Stwórcę – jakim musiała być potworem, jeśli jednocześnie bała się i cieszyła z cudzej śmierci? Zamknęła oczy i bez słowa uniosła luźny rękaw płaszcza i tuniki ukazując prowizoryczny opatrunek na ramieniu. Drobna rana jeszcze trochę krwawiła, ale nie było to nic poważnego. 
     — To była jego krew, przynajmniej w większości    odparła tym samym apatycznym tonem. Ludzie i elfy z tyłu uwijali się, deszcz zacinał nieprzerwanie. Odwróciła się i dojrzała, że elfy chowają swoją poległą pod jednym z drzew, w prowizorycznej mogile. Naprzeciw ludzie chwali poległych towarzyszy. Stary gwardzista, który miał najwyraźniej posłuch w tym gronie spojrzał na nią i skłonił głowę. Wiedziała, że zapewne wymagał od niej, by pochyliła głowę nad mogiłami nim zasypią ciała, tak jak nakazywała tradycja. Jeśli rycerze zginęli w obecności koronowanej głowy byli przez nią żegnani.
             Ojciec przestrzegał tej zasady, pamiętała dokładnie jak kilka lat temu chowali jednego z wojowników, niby nic nieznaczącego mężczyznę. Mimo iż był w kwiecie wieku, a siwizna dopiero zaznaczała swą obecność w jego włosach miał pogrzeb niczym ktoś szlachetnie urodzony, wszystko dlatego, że oddał życie w obronie króla, pozwolił, by jego ciało przebił miecz wroga, zasłaniając tym samym swego władcę. Ojciec wygłosił wtedy długą i gorącą przemowę, przeznaczył kilka klejnotów z własnej korony na posag dla córki tego człowieka. Czy teraz też wymagali tego od niej? 
     — Przepraszam na chwilę    mruknęła i ruszyła w stronę ludzi. Bez słowa podeszła do mogił, mając wrażenie, że zwymiotuje, że upadnie i nie będzie miała siły podnieść się jednak wiedziała, że musi to zrobić inaczej hańbiłaby imię ojca, jego ludzi i tradycję. Miała wrażenie, że część wojaków patrzy na nią z zawiścią w oczach, nie rozumiała tego uczucia, bała się go. Mimo to stanęła nad płytkimi dołami i pochyliła głowę.
     — Idźcie w pokoju do Navy, gdzie Mata już na was czeka, gdzie Wojownik uhonoruje waszą odwagę, a Czas nagrodzi wiecznym życiem, idźcie tam, gdzie czeka Stwórca. Tu wasze imiona po wieki będą sławione za ocalenie przyszłości królestwa.      Wiedziała, że to kłamstwo, wiedziała, że zostaną wymazani przez historię, ich imiona zbledną na kartach jak reszty tych, którzy poświęcili swe istnienia na wojnach nie dokonując czynów chwalebnych i zacnych. Ona sama nie znała ich imion i wiedziała, że już nigdy ich nie pozna. Mimo to chyba żyjący potrzebowali tego, chwili otuchy, kłamstwa mydlącego oczy. Stary dowódca skinął dyskretnie, a ona odwróciła się i wolnym krokiem wróciła do dowódcy. Wydawał się jej ostoją w tej chwili, ten mały akt troski z jego strony sprawił, że bezbronna dziewczyna, którą nadal była nieco mu zaufała.
     — Możemy już ruszać?      Zapytała go cicho podchodząc do wierzchowca i kładąc dłoń na jego boku. Chciała jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce, zostawiając za sobą gorzkie wspomnienia.  

------------------------------------------------------------------------------------