Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
poniedziałek, 18 czerwca 2018
32.


Nie czułem współczucia ani żalu po osobach, które zabiłem. Choć przez moment zagłębiłem się w sobie aby odnaleźć coś takiego, tak zdradziecko kuszącego – i jednocześnie ludzkiego – to tego po prostu nie było. W miejscu tych emocji, które kiedyś odczuwałem teraz znajdowała się pustka. Dziura, którą dotkliwie odczuwałem, choć wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z jej istnienia, a którą odkryłem dopiero, gdy wyrwano mi tą część człowieczeństwa. Nauczyłem się z nią żyć, z tą pustą przestrzenią, której nie dało się załatać. Ostatecznie, kiedyś w końcu przestanę w ogóle czuć dyskomfort na myśl, że ona tam jest.
Zmęczenie wywołane powierzchowną raną i wcześniejszym uderzeniem przez napastnika już się oddalało, a mimo to stałem pośrodku pokoju bez ruchu, plecami do drzwi, z zamkniętymi oczami. Ktoś mógłby wręcz sądzić, że bezmyślnie, nieuważnie. Że wystawiam się na atak, jeśli ktokolwiek z rabusiów jeszcze błąka się po budynku, być może właśnie skrada się korytarzem za plecami żołnierzy, kierowany żądzą zemsty. Na szczęście moi ludzie nie wiedzieli o mnie wszystkiego. Nie mogli zdawać sobie sprawy, że w tej chwili, tak głupio odsłonięty byłem zabezpieczony lepiej niż mogło się wydawać. Że wybiegałem daleko w przód.
Zaczęło się od zgrzytu tuż za ścianą, przy podłodze. Skrobanie i popiskiwanie sugerujące, że czai się tam mysz, chwila ciszy i tupot łapek gdy gryzoń uciekał przejęty czymś, co poczuł, a czego nie mógł pojąć. A potem biegło dalej; bulgot zupy w garnku w kuchni, o którym żona karczmarza zapomniała, chlupot i kapanie, gdy kipiała na podłogę. Ciche szmery i głośne rozmowy, szczęk pancerzy, szloch, szuranie materiału szat przy ruchach... Dalej, głębiej. Mocniej zacisnąłem powieki. Bicie serca. Przepływ krwi w żyłach, jednej osoby, drugiej, każdej kolejnej. Skrzypienie stawów, praca żołądków i jelit. Delikatne zgrzytanie konstrukcji budynku szarpanej wiatrem, deszcz rozbijający się o strzechę, każda jedna kropla osobnym uderzeniem w mojej głowie. Tak dobrze znane dźwięki.
Westchnąłem.
I wtedy świadomość gwałtownie się rozszerzyła, eksplodowała mi w czaszce. Zasięg buchnął, aż poczułem w swoim ciele każdą istotę – ptaka, mrówkę, sarnę, człowieka – dziesiątki metrów w każdą stronę od miejsca, w którym się znajdowałem po to, żeby pęknąć jak mydlana bańka. Zachwiałem się na nogach, zatoczyłem, ledwie otworzyłem oczy właściwie tylko po to, żeby upaść na łóżko. Długo tak leżałem, niezdolny do ruchu, wyczerpany, z oddechem płytkim i nierównym, szybko unoszącym klatkę piersiową. Kiedy w końcu mroczki zniknęły mi sprzed oczu, ciężką ręką oparłem się o materac ze słomy, przechyliłem w bok i strącając wszystko leżące na małym taborecie służącym jako komódka, sięgnąłem po sakwę. Trzęsącymi się dłońmi rozsupłałem ją i wyciągnąłem fiolkę, której przezroczystą zawartość wypiłem jednym haustem.
Zanim wyszedłem z powrotem na zewnątrz, długo jeszcze leżałem na posłaniu, wstrząsany dreszczami na przemian zimna i gorąca.
Deszcz padał rzęsiście, wystarczyło kilka minut poza budynkiem, aby przemoczyć moje ubranie i przykleić włosy do czoła. Chociaż moja próba w alkowie nie przyniosła żadnych niepokojących znaków, żadnych skupisk ludzkich ani nic w zasłyszanych strzępkach rozmów, co sugerowałoby że atak się powtórzy, nie zamierzałem ryzykować pozostaniem w karczmie na noc. Straciłem jedną naprawdę dobrą wojowniczkę strzegącą jaja w chwili ataku i nie zamierzałem tracić więcej.
Wysłuchałem szybko zdanego raportu na temat poległych i ukaranych z twarzą niewyrażającą emocji, właściwie obojętną. Nie było to trudne, bo wcale nie byłem przejęty. Żałoba po kompanach skończyła się w chwili, w której zarządziłem wyjazd. Siodłając Etariela, nie patrzyłem ani na księżniczkę, ani starszego wiedzącego. Yöel pozostawił całą sytuację bez słowa, co mogło być ulgą albo źródłem niepokoju i w tej chwili czułem raczej to drugie. Jeśli zaś chodziło o dziewczynę, w mojej głowie wciąż pozostał ten jeden obraz, kiedy kroczyła przez pomieszczenie ze szklanym wzrokiem, kiedy kładła dłoń na skrzyni i...
Uciąłem tą myśl w tym miejscu. Między nimi nie ma żadnego związku. Oczywiście... Tyle tylko, że będę to musiał osobiście sprawdzić. W związku z tym, kiedy zakończyłem przygotowania do drogi, pozwoliłem sobie na drobne opóźnienie. Pewnie nie zrobiłbym tego, gdybym wcześniej nie sprawdził okolicy za pomocą Słuchu. Ale zrobiłem to i dlatego już kilka chwil później wymijałem wierzchowca księżniczki Saenari po to, żeby stanąć z nią twarzą w twarz.
— Miałaś się mnie trzymać — zacząłem bez ogródek, ale w głosie nie słychać było irytacji ani zniecierpliwienia; raczej zmęczenie lub obojętność. Jakbym mówił, jak sadzić drzewko młodemu elfowi, a nie dawał reprymendę zbyt pyskatej księżniczce. Nieistotnym był dla mnie fakt, że być może Saenari nie miała szans dotrzymać mi kroku tam, w gospodzie, kiedy jedynym moim celem i jedyną myślą było to, aby strzec jajo. — Nie zdarza mi się prosić dwa razy, a usłyszenie tego słowa choć raz z moich ust to wyraz szacunku, jakim chcąc nie chcąc cię darzę. Musisz sobie zdawać sprawę, że choć ważna, wciąż jesteś na drugim miejscu w tej wyprawie — dodałem i nie bez powodu przeniosłem spojrzenie z dziewczyny ponad siodłem jej konia na skrzynię, którą właśnie ładowano nieco dalej w juki innego wierzchowca.
Patrząc na nią widziałem, że jest w kiepskiej kondycji. Ciężko było tego nie dostrzec, nie mi i żadnej istocie chodzącej po tym świecie więcej niż jeden wiek. Coś się stało, a ja będę wiedział co, tak samo jak wkrótce się dowiem, co łączy ją z Jajem. Sam byłem zmęczony, wręcz wyczerpany tak rozległym użyciem Słuchu, którego nawet eliksir nie zaleczył.
Najpierw jednak... Odrobina umiejętności aktorskich.
— Co się stało? — zapytałem, a w moich oczach odbiło się coś, co z powodzeniem można by nazwać troską. — To była twoja krew? Jesteś ranna?
Z tym pytaniem zrobiłem jeden krótki krok w jej stronę, nie zbliżając się na tyle, żeby czuć jej oddech, ale nieco skracając dzielącą nas odległość. Patrz na mnie, dziewczyno. Patrz, jak martwię się twoim zdrowiem. Oprzyj się na mnie, zaufaj mi i powiedz, do ciężkiej cholery, powiedz mi wszystko. W końcu mi, jak nikomu innemu, możesz zaufać, bo to ja mam cię chronić przed niebezpieczeństwami tego świata w podróży daleko od domu, w którą wyruszyłaś całkiem sama.
------------------------------------------------------------------------------------