Nie czułem współczucia ani żalu po osobach, które zabiłem. Choć
przez moment zagłębiłem się w sobie aby odnaleźć coś takiego, tak zdradziecko
kuszącego – i jednocześnie ludzkiego – to tego po prostu nie było. W miejscu
tych emocji, które kiedyś odczuwałem teraz znajdowała się pustka. Dziura, którą
dotkliwie odczuwałem, choć wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z jej istnienia,
a którą odkryłem dopiero, gdy wyrwano mi tą część człowieczeństwa. Nauczyłem
się z nią żyć, z tą pustą przestrzenią, której nie dało się załatać.
Ostatecznie, kiedyś w końcu przestanę w ogóle czuć dyskomfort na myśl, że ona
tam jest.
Zmęczenie wywołane powierzchowną raną i wcześniejszym
uderzeniem przez napastnika już się oddalało, a mimo to stałem pośrodku pokoju
bez ruchu, plecami do drzwi, z zamkniętymi oczami. Ktoś mógłby wręcz sądzić, że
bezmyślnie, nieuważnie. Że wystawiam się na atak, jeśli ktokolwiek z rabusiów
jeszcze błąka się po budynku, być może właśnie skrada się korytarzem za plecami
żołnierzy, kierowany żądzą zemsty. Na szczęście moi ludzie nie wiedzieli o mnie
wszystkiego. Nie mogli zdawać sobie sprawy, że w tej chwili, tak głupio
odsłonięty byłem zabezpieczony lepiej niż mogło się wydawać. Że wybiegałem
daleko w przód.
Zaczęło się od zgrzytu tuż za ścianą, przy podłodze.
Skrobanie i popiskiwanie sugerujące, że czai się tam mysz, chwila ciszy i tupot
łapek gdy gryzoń uciekał przejęty czymś, co poczuł, a czego nie mógł pojąć. A
potem biegło dalej; bulgot zupy w garnku w kuchni, o którym żona karczmarza
zapomniała, chlupot i kapanie, gdy kipiała na podłogę. Ciche szmery i głośne
rozmowy, szczęk pancerzy, szloch, szuranie materiału szat przy ruchach...
Dalej, głębiej. Mocniej zacisnąłem powieki. Bicie serca. Przepływ krwi w
żyłach, jednej osoby, drugiej, każdej kolejnej. Skrzypienie stawów, praca
żołądków i jelit. Delikatne zgrzytanie konstrukcji budynku szarpanej wiatrem,
deszcz rozbijający się o strzechę, każda jedna kropla osobnym uderzeniem w
mojej głowie. Tak dobrze znane dźwięki.
Westchnąłem.
I wtedy świadomość gwałtownie się rozszerzyła, eksplodowała
mi w czaszce. Zasięg buchnął, aż poczułem w swoim ciele każdą istotę – ptaka, mrówkę,
sarnę, człowieka – dziesiątki metrów w każdą stronę od miejsca, w którym się
znajdowałem po to, żeby pęknąć jak mydlana bańka. Zachwiałem się na nogach,
zatoczyłem, ledwie otworzyłem oczy właściwie tylko po to, żeby upaść na łóżko.
Długo tak leżałem, niezdolny do ruchu, wyczerpany, z oddechem płytkim i
nierównym, szybko unoszącym klatkę piersiową. Kiedy w końcu mroczki zniknęły mi
sprzed oczu, ciężką ręką oparłem się o materac ze słomy, przechyliłem w bok i
strącając wszystko leżące na małym taborecie służącym jako komódka, sięgnąłem
po sakwę. Trzęsącymi się dłońmi rozsupłałem ją i wyciągnąłem fiolkę, której
przezroczystą zawartość wypiłem jednym haustem.
Zanim wyszedłem z powrotem na zewnątrz, długo jeszcze
leżałem na posłaniu, wstrząsany dreszczami na przemian zimna i gorąca.
Deszcz padał rzęsiście, wystarczyło kilka minut poza
budynkiem, aby przemoczyć moje ubranie i przykleić włosy do czoła. Chociaż moja
próba w alkowie nie przyniosła żadnych niepokojących znaków, żadnych skupisk
ludzkich ani nic w zasłyszanych strzępkach rozmów, co sugerowałoby że atak się
powtórzy, nie zamierzałem ryzykować pozostaniem w karczmie na noc. Straciłem
jedną naprawdę dobrą wojowniczkę strzegącą jaja w chwili ataku i nie
zamierzałem tracić więcej.
Wysłuchałem szybko zdanego raportu na temat poległych i
ukaranych z twarzą niewyrażającą emocji, właściwie obojętną. Nie było to trudne,
bo wcale nie byłem przejęty. Żałoba po kompanach skończyła się w chwili, w
której zarządziłem wyjazd. Siodłając Etariela, nie patrzyłem ani na
księżniczkę, ani starszego wiedzącego. Yöel pozostawił całą
sytuację bez słowa, co mogło być ulgą albo źródłem niepokoju i w tej chwili
czułem raczej to drugie. Jeśli zaś chodziło o dziewczynę, w mojej głowie wciąż
pozostał ten jeden obraz, kiedy kroczyła przez pomieszczenie ze szklanym
wzrokiem, kiedy kładła dłoń na skrzyni i...
Uciąłem tą myśl w tym miejscu. Między
nimi nie ma żadnego związku. Oczywiście... Tyle tylko, że będę to musiał
osobiście sprawdzić. W związku z tym, kiedy zakończyłem przygotowania do drogi,
pozwoliłem sobie na drobne opóźnienie. Pewnie nie zrobiłbym tego, gdybym
wcześniej nie sprawdził okolicy za pomocą Słuchu. Ale zrobiłem to i dlatego już
kilka chwil później wymijałem wierzchowca księżniczki Saenari po to, żeby
stanąć z nią twarzą w twarz.
— Miałaś się mnie trzymać — zacząłem bez
ogródek, ale w głosie nie słychać było irytacji ani zniecierpliwienia; raczej
zmęczenie lub obojętność. Jakbym mówił, jak sadzić drzewko młodemu elfowi, a nie
dawał reprymendę zbyt pyskatej księżniczce. Nieistotnym był dla mnie fakt, że
być może Saenari nie miała szans dotrzymać mi kroku tam, w gospodzie, kiedy
jedynym moim celem i jedyną myślą było to, aby strzec jajo. — Nie zdarza mi się
prosić dwa razy, a usłyszenie tego słowa choć raz z moich ust to wyraz
szacunku, jakim chcąc nie chcąc cię darzę. Musisz sobie zdawać sprawę, że choć
ważna, wciąż jesteś na drugim miejscu w tej wyprawie — dodałem i nie bez powodu
przeniosłem spojrzenie z dziewczyny ponad siodłem jej konia na skrzynię, którą
właśnie ładowano nieco dalej w juki innego wierzchowca.
Patrząc na nią widziałem, że jest w
kiepskiej kondycji. Ciężko było tego nie dostrzec, nie mi i żadnej istocie
chodzącej po tym świecie więcej niż jeden wiek. Coś się stało, a ja będę
wiedział co, tak samo jak wkrótce się dowiem, co łączy ją z Jajem. Sam byłem
zmęczony, wręcz wyczerpany tak rozległym użyciem Słuchu, którego nawet eliksir
nie zaleczył.
Najpierw jednak... Odrobina umiejętności
aktorskich.
— Co się stało? — zapytałem, a w moich oczach odbiło się
coś, co z powodzeniem można by nazwać troską. — To była twoja krew? Jesteś
ranna?
Z tym pytaniem zrobiłem jeden krótki krok w jej stronę, nie
zbliżając się na tyle, żeby czuć jej oddech, ale nieco skracając dzielącą nas
odległość. Patrz na mnie, dziewczyno. Patrz, jak martwię się twoim zdrowiem.
Oprzyj się na mnie, zaufaj mi i powiedz, do ciężkiej cholery, powiedz mi
wszystko. W końcu mi, jak nikomu innemu, możesz zaufać, bo to ja mam cię
chronić przed niebezpieczeństwami tego świata w podróży daleko od domu, w którą
wyruszyłaś całkiem sama.
