Ostry zapach krwi mieszający się ze
smrodem wnętrzności oraz odorem spoconych ciał nie był w stanie
nawet sprawić, że jej twarz wykrzywi się w geście obrzydzenia.
Nie było nic, nie było człowieka, który chciał ją skrzywdzić,
nie było wojowników, którzy zbierali się w tym małym pokoju
wypełnionym szkarłatem, nawet szloch dziewczyny skulonej w kącie
do niej nie docierał. Była tylko ona i jajo, tylko te dwa istnienia
splecione niewidzialnymi nićmi przeznaczenia, utkanymi w tak
zaskakujący sposób, że w tej chwili księżniczka czuła się
sobą. Nie było królewskiej córy, nie gnębiły ja okowy manier.
Pierwszy raz od bardzo dawna poczuła się wolna, była sobą w
pełni. To uczucie, choć tak piękne, tak kuszące i niezwykłe nie
trwało jednak długo.
Jej uwaga skupiła się na elfie i
jednym z młodszych strażników. Wyglądali jakby mieli zaraz
skoczyć sobie do gardeł, choć może to młodszy człowiek chciał
dobrać się do gardła elfowi. Wątpiła, by był to dobry pomysł.
Może i widziała jedynie przez kilka sekund jego styl walki, jego
ciało pogrążone w śmiertelnym tańcu miecza, ale to starczyło.
Ten gwardzista nie miałby szans w starciu z dowódcą, nie zdążyłby
nawet zaszarżować, a ostrze dzierżone przez ciemnowłosego
przebiłoby butnego młodziana na wskroś odbierając mu życie i
nadzieję, na choćby zranienie przeciwnika.
Nie miała siły, by zwrócić uwagę
na obelgę pochodzącą z ust tego drania. Sama uważała go za
bastarda, za plugawe nasienie, lecz w tej chwili była zbyt zmęczona,
zbyt wiele myśli biło się w jej głowie. Nie była księżniczką,
była dziewczyną, która przeżyła coś strasznego, nieopisanego i
bolesnego. Obrazy zaczęły mieszać się w jej głowie, walka,
szarpaniny. Nieopisane uczucie, gdy ten mężczyzna nadział się na
ostrzę dzierżonego przez nią noża. Nagle usłyszała paniczny
szloch. Zerknęła
w kierunku w którym się wydobywał. Córka karczmarza, tak słodka
i urocza teraz wyglądała jakby traciła powoli rozum, jakby jej
bezpieczny świat rozpadł się na milion kawałków, a każdy z nich
znajdował się w innym zakątku świata. Czym różniła się od
niej? Czym ona Rubinowa
Księżniczka królestwa Nar, piąta panna Państwa Przymierza
różniła się od zwykłej plebejuszki służącej ludziom w
przydrożnej karczmie? Tylko tytułem i wychowaniem. Wewnątrz były
takie same, dwie rozpaczające dziewczyny, dwie cierpiące dusze.
Chciała płakać jak tamta, jak ta dziewuszka z wyłamanym barkiem,
ale nie pozwoliło jej na to pytanie gwardzisty.\
– Pani wszystko dobrze? – Zapytał młody chłopak, który chwilę
wcześniej toczył słowną utarczkę z dowódcą. Najchętniej
rzuciłaby się na jego szyję i rozpłakała, potrzebowała kogoś,
nie ważne kogo, by się nią zajął. Objął i pocieszył, by
powiedział jej, że wszystko będzie dobrze i nic więcej złego jej
nie czeka. Zaczęła trząść się powstrzymując spazmy paniki i
lęku.
– Pani ? – Zapytał ktoś jeszcze, a młody chłopak
zabrał dłoń z jej ramienia i odsunął się jakby przypominając
sobie o tym, że nie powinien łamać dystansu między nimi. Uniosła
wzrok i dojrzała ludzi swego ojca wwiercających w nią spojrzenie.
Na co oni czekali? Chyba nie na potwierdzenie, przecież nic nie było
dobrze. Niepewność malująca się na ich twarzach była niczym
zimny policzek wymierzony w twarz, odbijający się głośnym
łoskotem w jej umyśle.
W tej jednej chwili zrozumiała swoją
matkę. Wybaczyła jej to traktowanie przed wyjazdem, brak
jakiejkolwiek oznaki żalu czy słabości. Królowa nie może
pozwolić sobie na coś takiego jak płacz ze strachu, nie może
płakać w wyrażeniu smutku i żalu o bezpieczeństwo swego dziecka.
Królowa może płakać jedynie w chwili czyjeś śmierci, niczym
najukochańsza żona czy matka, tylko i wyłącznie wtedy. W innej
sytuacji nie widziała matki płaczącej. Tej jeden raz, gdy zmarł
ich najmłodszy brat, gdy stała nad małą trumienką, podtrzymywana
przez ramię króla. W każdym innym wypadku matka panowała nad sobą
dając ludziom to czego potrzebowali – silnej przywódczyni, a nie
rozmazanej niewiasty, słabej jak źdźbło na wietrze. Może i król
włada królestwem, ale to jego żona jest jego mieczem, wbitym w
skałę na którym opiera się cały jego spokój, cała wola walki.
Teraz to rozumiała i dostrzegła swoją własną dziecięcą
głupotę, gdy miała pretensje, ze matka nie chce ukoić jej żalu.
Matka nie dała jej być słabą, nie pozwalała jej opuścić gardy,
a ona? Ona była w tym wszystkim zagubionym dzieckiem. Rozejrzała
się po sali w której wojownicy przyglądali się jej jakby nie
wiedzieli jak mają zareagować. Musiała zebrać w sobie siły, nie
mogła poddać się słabości, ci ludzie chcieli przywódcy, nie
dziecka, nie ważne jak bardzo chciało się jej płakać, jak bardzo
chciało się jej krzyczeć. Musiała przynieść dumę ojcu, nie
mogła zawieść matki.
– Słyszeliście go, zająć się
martwymi, część z was niech opatrzy rannych i pomóżcie tej
dziewczynie – powiedziała suchym tonem, a później wstała. Cały
jej strój po same piersi przesiąknięty był szkarłatem, mokrym,
lepiącym się do ciała szkarłatem. Ruszyła przed siebie, byle
wyjść, byle oddalić się do pokoju jakiegokolwiek.
Idąc
korytarzem ujrzała ciało tego, któremu odebrała życie.
Wściekłość opanowała jej ciało, złość, żal i nieopisany
gniew.
„Zniszcz”
Syk w jej głowie opanował całą
świadomość. Sztylet wbity w oczodół mężczyzny wyglądał
obrzydliwie oblepiony krwią i innymi płynami, ona jednak nie
zrobiła sobie nic z tego. Przed jej oczami ten człowiek nadal był
żywy, nadal czuła jego ciało dociskające się do niej. Nie znała
go, ale nienawidziła i cieszyła się, że powoli zesztywnieje cały,
tak jak wcześniej jego męskość na samą myśl o tym co chciał
jej zrobić. Niewiele myśląc wyciągnęła nóż z rany co było
dość trudne, obejrzała się, ale nikt jej nie widział. Pochyliła
się i z chorą satysfakcją wbiła go w drugie oko martwego.
– Byś nigdy nie ujrzał Matki, byś
nie dotarł do Navy – warknęła cicho i odeszła szybkim krokiem.
Weszła do przeznaczonej jej izby. Niewielka, nie było tu dużo
mebli, ledwie stolik, mała szafka, łóżko i krzesło. Na stole
stała misa, obok dzban z wodą. Jednak pierwszym co zrobiła było
osunięcie po drzwiach i zasłonięcie ust. Paniczny szloch opanował
jej ciało, a ona mocno zasłaniała usta dłońmi, nie chciała by
ktoś usłyszał, oni musieli myśleć, że jest silna, ale czy była?
Raczej nie.
Po chwili patrzyła na swoje drżące
dłonie i zastanawiała się nad tym co zrobiła. Zabiła, a później
jeszcze to co zrobiła z tym sztyletem. Łzy już nie płynęły po
jej policzkach, wypłakała chyba wszystko co mogła. Na drżących
nogach i podeszła do lustra, które właśnie zauważyła, jej twarz
wyglądała jakby była skąpana w wojennych barwach. Czerwień,
czerń przebijająca się jasna ścieżka po łzach w której
odznaczała się jej skóra i oczy. Stalowe, wypełnione bólem i
strachem, oczy w których właśnie umarło dziecko, a kiełkować
zaczął ktoś, sama jeszcze nie mogła wiedzieć kto, bo w tej
chwili była tylko zagubioną, głupią dziewuchą, której wydawało
się, że wie zbyt wiele o świecie. Tak naprawdę nie wiedziała
nic.
Zdjęła sukna odrzucając je na
drewnianą podłogę. Przemyła twarz i dłonie w wodzie, zerknęła
na swoje ramię. Rana mimo że była płytka mocno piekła, to
przypominało jej jak bracia wracali z walk cali poranieni, a mimo to
nie ukazywali nawet cienia grymasu dyskomfortu czy bólu. Synowie
byli wychowani inaczej niż ona, teraz jednak z ciekawością i
troską, delikatnie obmywała ranę. Kiedy mniej więcej jej ciało
było doprowadzone do porządku zarzuciła na siebie spódnicospodnie
i tunikę. W dłoni nadal trzymała tobołek, ale wyszła już z
pokoju, w drugiej ręce trzymała zakrwawione szaty. Włosy związała
i upięła niedbale i na szybko. Przed karczmą ujrzała gwardzistów
i kilku niedobitków, najstarszy ze straży przesłuchiwał
związanych mężczyzn. Krzyczał na nich.
– Kim jesteście i kto was przysłał? – z jego ust tryskała ślina, był wściekły, ale kiedy ujrzał
księżniczkę wyprostował się.
- Myśleliśmy, że macie złoto, tylko o nie nam chodziło – jeden z nich mówił szybko i nieskładnie. Dwóch obok niego hardo zerkało na strażników i nie powiedzieli nic.
– Wypuścicie nas, nic nie powiemy – kontynuował młody schwytany. Był bardzo młody, mógł mieć nie więcej niż dziewiętnaście lat, a na jego twarzy sypały się jeszcze pryszcze, a pod nosem ledwo rósł wąs. Przesłuchujący ich pokręcił głową z przeczącym geście.
– Zaatakowaliście Państwa Sprzymierzone za to jest tylko jedna kara – rzekł zmęczonym głosem, dwóch starszych pojmanych chyba godziło się z losem, za to ten młodszy zaczął się szarpać i błagać o wybaczenie, jego piskliwy ton był nie do wytrzymania.
- Myśleliśmy, że macie złoto, tylko o nie nam chodziło – jeden z nich mówił szybko i nieskładnie. Dwóch obok niego hardo zerkało na strażników i nie powiedzieli nic.
– Wypuścicie nas, nic nie powiemy – kontynuował młody schwytany. Był bardzo młody, mógł mieć nie więcej niż dziewiętnaście lat, a na jego twarzy sypały się jeszcze pryszcze, a pod nosem ledwo rósł wąs. Przesłuchujący ich pokręcił głową z przeczącym geście.
– Zaatakowaliście Państwa Sprzymierzone za to jest tylko jedna kara – rzekł zmęczonym głosem, dwóch starszych pojmanych chyba godziło się z losem, za to ten młodszy zaczął się szarpać i błagać o wybaczenie, jego piskliwy ton był nie do wytrzymania.
Saenari patrzyła jak zaczarowana, gdy
siwowłosy wyciągał miecz, lecz wtedy drogę zastąpił jej któryś
z gwardzistów.
– Nie powinnaś na to patrzeć pani – rzekł i starał się zasłonić jej widok. Nie sprzeciwiała się, czuła, że żołądek podskakuje jej do gardła i stara się wyrzucić wszelkie jadło jakie miał w sobie. Nagle świst miecza i dziwne, głuche uderzenie przerwało krzyki tego chłopaka. Nari odwróciła wzrok za ramię, a później dwa kolejne świsty przerwały życie pozostałych oprychów. Dopiero, gdy było po wszystkim powróciła wzrokiem na miejsce wydania wyroku ozdobione ciemnymi plamami źdźbła trawy. Każdy zajął się swoimi obowiązkami, a ona rozejrzała się. Więc tak wygląda wojna? Nie daje czasu na współczucie i rozpacz? Nie pozwala na chwilę zastanowienia się? Najpierw obowiązki, prawo, a dopiero później współczucie. Widziała w oczach gwardzisty, że boli go fakt, iż musi odebrać życie temu wyrostkowi, zrobił to jednak bez wahania jakby tym samym oddając kawałek własnej duszy i sumienia.
– Nie powinnaś na to patrzeć pani – rzekł i starał się zasłonić jej widok. Nie sprzeciwiała się, czuła, że żołądek podskakuje jej do gardła i stara się wyrzucić wszelkie jadło jakie miał w sobie. Nagle świst miecza i dziwne, głuche uderzenie przerwało krzyki tego chłopaka. Nari odwróciła wzrok za ramię, a później dwa kolejne świsty przerwały życie pozostałych oprychów. Dopiero, gdy było po wszystkim powróciła wzrokiem na miejsce wydania wyroku ozdobione ciemnymi plamami źdźbła trawy. Każdy zajął się swoimi obowiązkami, a ona rozejrzała się. Więc tak wygląda wojna? Nie daje czasu na współczucie i rozpacz? Nie pozwala na chwilę zastanowienia się? Najpierw obowiązki, prawo, a dopiero później współczucie. Widziała w oczach gwardzisty, że boli go fakt, iż musi odebrać życie temu wyrostkowi, zrobił to jednak bez wahania jakby tym samym oddając kawałek własnej duszy i sumienia.
Była to jej wina. To uczucie uderzyło
ją nagle, niespodziewanie. To ona chciała postoju, ona chciała
łoża i kąpieli, a teraz przez jej zachcianki musieli grzebać
swych towarzyszy, musieli ścinać chłopaczka, który zbłądził na
złą drogę. Gdyby trzymali się bocznych szlaków nic podobnego by
ich nie spotkało.
