Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
środa, 13 czerwca 2018
31.


               Ostry zapach krwi mieszający się ze smrodem wnętrzności oraz odorem spoconych ciał nie był w stanie nawet sprawić, że jej twarz wykrzywi się w geście obrzydzenia. Nie było nic, nie było człowieka, który chciał ją skrzywdzić, nie było wojowników, którzy zbierali się w tym małym pokoju wypełnionym szkarłatem, nawet szloch dziewczyny skulonej w kącie do niej nie docierał. Była tylko ona i jajo, tylko te dwa istnienia splecione niewidzialnymi nićmi przeznaczenia, utkanymi w tak zaskakujący sposób, że w tej chwili księżniczka czuła się sobą. Nie było królewskiej córy, nie gnębiły ja okowy manier. Pierwszy raz od bardzo dawna poczuła się wolna, była sobą w pełni. To uczucie, choć tak piękne, tak kuszące i niezwykłe nie trwało jednak długo.
               Jej uwaga skupiła się na elfie i jednym z młodszych strażników. Wyglądali jakby mieli zaraz skoczyć sobie do gardeł, choć może to młodszy człowiek chciał dobrać się do gardła elfowi. Wątpiła, by był to dobry pomysł. Może i widziała jedynie przez kilka sekund jego styl walki, jego ciało pogrążone w śmiertelnym tańcu miecza, ale to starczyło. Ten gwardzista nie miałby szans w starciu z dowódcą, nie zdążyłby nawet zaszarżować, a ostrze dzierżone przez ciemnowłosego przebiłoby butnego młodziana na wskroś odbierając mu życie i nadzieję, na choćby zranienie przeciwnika.
               Nie miała siły, by zwrócić uwagę na obelgę pochodzącą z ust tego drania. Sama uważała go za bastarda, za plugawe nasienie, lecz w tej chwili była zbyt zmęczona, zbyt wiele myśli biło się w jej głowie. Nie była księżniczką, była dziewczyną, która przeżyła coś strasznego, nieopisanego i bolesnego. Obrazy zaczęły mieszać się w jej głowie, walka, szarpaniny. Nieopisane uczucie, gdy ten mężczyzna nadział się na ostrzę dzierżonego przez nią noża. Nagle usłyszała paniczny szloch. Zerknęła w kierunku w którym się wydobywał. Córka karczmarza, tak słodka i urocza teraz wyglądała jakby traciła powoli rozum, jakby jej bezpieczny świat rozpadł się na milion kawałków, a każdy z nich znajdował się w innym zakątku świata. Czym różniła się od niej? Czym ona Rubinowa Księżniczka królestwa Nar, piąta panna Państwa Przymierza różniła się od zwykłej plebejuszki służącej ludziom w przydrożnej karczmie? Tylko tytułem i wychowaniem. Wewnątrz były takie same, dwie rozpaczające dziewczyny, dwie cierpiące dusze. Chciała płakać jak tamta, jak ta dziewuszka z wyłamanym barkiem, ale nie pozwoliło jej na to pytanie gwardzisty.\
        Pani wszystko dobrze?      Zapytał młody chłopak, który chwilę wcześniej toczył słowną utarczkę z dowódcą. Najchętniej rzuciłaby się na jego szyję i rozpłakała, potrzebowała kogoś, nie ważne kogo, by się nią zajął. Objął i pocieszył, by powiedział jej, że wszystko będzie dobrze i nic więcej złego jej nie czeka. Zaczęła trząść się powstrzymując spazmy paniki i lęku. 

        Pani ?      Zapytał ktoś jeszcze, a młody chłopak zabrał dłoń z jej ramienia i odsunął się jakby przypominając sobie o tym, że nie powinien łamać dystansu między nimi. Uniosła wzrok i dojrzała ludzi swego ojca wwiercających w nią spojrzenie. Na co oni czekali? Chyba nie na potwierdzenie, przecież nic nie było dobrze. Niepewność malująca się na ich twarzach była niczym zimny policzek wymierzony w twarz, odbijający się głośnym łoskotem w jej umyśle. 
                W tej jednej chwili zrozumiała swoją matkę. Wybaczyła jej to traktowanie przed wyjazdem, brak jakiejkolwiek oznaki żalu czy słabości. Królowa nie może pozwolić sobie na coś takiego jak płacz ze strachu, nie może płakać w wyrażeniu smutku i żalu o bezpieczeństwo swego dziecka. Królowa może płakać jedynie w chwili czyjeś śmierci, niczym najukochańsza żona czy matka, tylko i wyłącznie wtedy. W innej sytuacji nie widziała matki płaczącej. Tej jeden raz, gdy zmarł ich najmłodszy brat, gdy stała nad małą trumienką, podtrzymywana przez ramię króla. W każdym innym wypadku matka panowała nad sobą dając ludziom to czego potrzebowali – silnej przywódczyni, a nie rozmazanej niewiasty, słabej jak źdźbło na wietrze. Może i król włada królestwem, ale to jego żona jest jego mieczem, wbitym w skałę na którym opiera się cały jego spokój, cała wola walki. Teraz to rozumiała i dostrzegła swoją własną dziecięcą głupotę, gdy miała pretensje, ze matka nie chce ukoić jej żalu. Matka nie dała jej być słabą, nie pozwalała jej opuścić gardy, a ona? Ona była w tym wszystkim zagubionym dzieckiem. Rozejrzała się po sali w której wojownicy przyglądali się jej jakby nie wiedzieli jak mają zareagować. Musiała zebrać w sobie siły, nie mogła poddać się słabości, ci ludzie chcieli przywódcy, nie dziecka, nie ważne jak bardzo chciało się jej płakać, jak bardzo chciało się jej krzyczeć. Musiała przynieść dumę ojcu, nie mogła zawieść matki.  
     –   Słyszeliście go, zająć się martwymi, część z was niech opatrzy rannych i pomóżcie tej dziewczynie   –   powiedziała suchym tonem, a później wstała. Cały jej strój po same piersi przesiąknięty był szkarłatem, mokrym, lepiącym się do ciała szkarłatem. Ruszyła przed siebie, byle wyjść, byle oddalić się do pokoju jakiegokolwiek.
Idąc korytarzem ujrzała ciało tego, któremu odebrała życie. Wściekłość opanowała jej ciało, złość, żal i nieopisany gniew.  


„Zniszcz” 

          Syk w jej głowie opanował całą świadomość. Sztylet wbity w oczodół mężczyzny wyglądał obrzydliwie oblepiony krwią i innymi płynami, ona jednak nie zrobiła sobie nic z tego. Przed jej oczami ten człowiek nadal był żywy, nadal czuła jego ciało dociskające się do niej. Nie znała go, ale nienawidziła i cieszyła się, że powoli zesztywnieje cały, tak jak wcześniej jego męskość na samą myśl o tym co chciał jej zrobić. Niewiele myśląc wyciągnęła nóż z rany co było dość trudne, obejrzała się, ale nikt jej nie widział. Pochyliła się i z chorą satysfakcją wbiła go w drugie oko martwego.
     –   Byś nigdy nie ujrzał Matki, byś nie dotarł do Navy   –   warknęła cicho i odeszła szybkim krokiem. Weszła do przeznaczonej jej izby. Niewielka, nie było tu dużo mebli, ledwie stolik, mała szafka, łóżko i krzesło. Na stole stała misa, obok dzban z wodą. Jednak pierwszym co zrobiła było osunięcie po drzwiach i zasłonięcie ust. Paniczny szloch opanował jej ciało, a ona mocno zasłaniała usta dłońmi, nie chciała by ktoś usłyszał, oni musieli myśleć, że jest silna, ale czy była? Raczej nie.
          Po chwili patrzyła na swoje drżące dłonie i zastanawiała się nad tym co zrobiła. Zabiła, a później jeszcze to co zrobiła z tym sztyletem. Łzy już nie płynęły po jej policzkach, wypłakała chyba wszystko co mogła. Na drżących nogach i podeszła do lustra, które właśnie zauważyła, jej twarz wyglądała jakby była skąpana w wojennych barwach. Czerwień, czerń przebijająca się jasna ścieżka po łzach w której odznaczała się jej skóra i oczy. Stalowe, wypełnione bólem i strachem, oczy w których właśnie umarło dziecko, a kiełkować zaczął ktoś, sama jeszcze nie mogła wiedzieć kto, bo w tej chwili była tylko zagubioną, głupią dziewuchą, której wydawało się, że wie zbyt wiele o świecie. Tak naprawdę nie wiedziała nic.
          Zdjęła sukna odrzucając je na drewnianą podłogę. Przemyła twarz i dłonie w wodzie, zerknęła na swoje ramię. Rana mimo że była płytka mocno piekła, to przypominało jej jak bracia wracali z walk cali poranieni, a mimo to nie ukazywali nawet cienia grymasu dyskomfortu czy bólu. Synowie byli wychowani inaczej niż ona, teraz jednak z ciekawością i troską, delikatnie obmywała ranę. Kiedy mniej więcej jej ciało było doprowadzone do porządku zarzuciła na siebie spódnicospodnie i tunikę. W dłoni nadal trzymała tobołek, ale wyszła już z pokoju, w drugiej ręce trzymała zakrwawione szaty. Włosy związała i upięła niedbale i na szybko. Przed karczmą ujrzała gwardzistów i kilku niedobitków, najstarszy ze straży przesłuchiwał związanych mężczyzn. Krzyczał na nich.  
     –   Kim jesteście i kto was przysłał?   –   z jego ust tryskała ślina, był wściekły, ale kiedy ujrzał księżniczkę wyprostował się.
- Myśleliśmy, że macie złoto, tylko o nie nam chodziło – jeden z nich mówił szybko i nieskładnie. Dwóch obok niego hardo zerkało na strażników i nie powiedzieli nic.
     –   Wypuścicie nas, nic nie powiemy    –   kontynuował młody schwytany. Był bardzo młody, mógł mieć nie więcej niż dziewiętnaście lat, a na jego twarzy sypały się jeszcze pryszcze, a pod nosem ledwo rósł wąs. Przesłuchujący ich pokręcił głową z przeczącym geście.
     –   Zaatakowaliście Państwa Sprzymierzone za to jest tylko jedna kara   –   rzekł zmęczonym głosem, dwóch starszych pojmanych chyba godziło się z losem, za to ten młodszy zaczął się szarpać i błagać o wybaczenie, jego piskliwy ton był nie do wytrzymania.  
          Saenari patrzyła jak zaczarowana, gdy siwowłosy wyciągał miecz, lecz wtedy drogę zastąpił jej któryś z gwardzistów.
     –   Nie powinnaś na to patrzeć pani   –   rzekł i starał się zasłonić jej widok. Nie sprzeciwiała się, czuła, że żołądek podskakuje jej do gardła i stara się wyrzucić wszelkie jadło jakie miał w sobie. Nagle świst miecza i dziwne, głuche uderzenie przerwało krzyki tego chłopaka. Nari odwróciła wzrok za ramię, a później dwa kolejne świsty przerwały życie pozostałych oprychów. Dopiero, gdy było po wszystkim powróciła wzrokiem na miejsce wydania wyroku ozdobione ciemnymi plamami źdźbła trawy. Każdy zajął się swoimi obowiązkami, a ona rozejrzała się. Więc tak wygląda wojna? Nie daje czasu na współczucie i rozpacz? Nie pozwala na chwilę zastanowienia się? Najpierw obowiązki, prawo, a dopiero później współczucie. Widziała w oczach gwardzisty, że boli go fakt, iż musi odebrać życie temu wyrostkowi, zrobił to jednak bez wahania jakby tym samym oddając kawałek własnej duszy i sumienia.
           Była to jej wina. To uczucie uderzyło ją nagle, niespodziewanie. To ona chciała postoju, ona chciała łoża i kąpieli, a teraz przez jej zachcianki musieli grzebać swych towarzyszy, musieli ścinać chłopaczka, który zbłądził na złą drogę. Gdyby trzymali się bocznych szlaków nic podobnego by ich nie spotkało.  
------------------------------------------------------------------------------------