Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
środa, 13 czerwca 2018
30.


Rzucili się wszyscy naraz, mając pewnie wrażenie, że w ten sposób zdołają mnie albo Yöela zaskoczyć. Mylili się; musieli nigdy nie walczyć z porządnie szkolonym elfem, z wojownikiem i wiedzącym. Nawet z jednym z nich, a co dopiero dwoma naraz.
Pierwszy cios spadł z góry od najbardziej postawnego z nich, drugi płasko od boku, trzeci stał z tyłu. Półobrotem wywinąłem się największemu, wiedząc że parowanie jego ciosu może kosztować zbyt dużo energii i czasu, żeby ochronić się przed dwoma kolejnymi, którzy byli chudsi i na oko stawiali na zwinność, nie siłę. Sparowałem płaski cios klingą wyciągniętą w jednej sekundzie, obróciłem się i po uchyleniu kopnąłem trzeciego, czającego się za plecami w kolano kiedy składał się do ataku.
A później walka popłynęła swoim rytmem, pomieszczenie wypełnił szczęk zderzających się ze sobą mieczy, dźwięczący w uszach, a także stęk i niekiedy krótki wrzask. Uniósł się smród krwi, strachu i adrenaliny, dziwna mieszanka wpływająca na mój umysł jak narkotyk. Z każdą raną, grymasem bólu na twarzy przeciwnika, tryskającą brunatną krwią czułem się coraz bardziej w amoku; byłem coraz bardziej sobą. Nie czułem bólu ramienia, jeszcze nie, rana zadana mi przez jednego z tych szybkich oprychów była zbyt powierzchowna. Dopiero kiedy ten wielki zwarł się ze mną w morderczym uścisku i uderzył mnie głową prosto w czoło, poczułem jak pod powiekami eksploduje ból, na moment przed oczami zatańczyły mi mroczki, zachwiałem się i zrobiłem dwa kroki w tył, odsłaniając się na nadchodzący atak.
Wtedy wkroczył Yöel, a ja zdałem sobie sprawę, że zabił już wszystkich tych, którzy rzucili się na niego. Potknąłem się o trupa i opamiętałem, zerkając na światło niknące w źrenicach człowieka wstrząsanego przedśmiertnymi konwulsjami. Ponownie spadłem do przodu z mieczem w dłoni, tnąc na odlew, bardziej zły niż wcześniej. Z głośnym warknięciem zamachnąłem się i prześlizgnąłem przez obronę potężnego człowieka, a klinga ze zgrzytem łamanych kości wbiła się w mostek, a później płuca i okolice serca. Facet zacharczał i opał na kolana, a ja przytrzymałem miecz, pozwalając aby sam ciężar mężczyzny wyrwał go z jego ciała.
Szum krwi w uszach się uspokoił, kiedy przez chwilę dyszałem ciężko, stojąc na szeroko rozstawionych stopach w kałuży krwi. Teraz dotarł do mnie piekący ból, ale moje spojrzenie zatrzymało się na kroczącej przez pomieszczenie kobiecie. Księżniczka wyglądała, jakby straciła panowanie nad ciałem, kroki stawiała gładko i pewnie, nie ślizgając się na deskach podłogi mokrych od krwi i flaków. Patrzyłem na nią długie sekundy szeroko otwartymi oczami, kiedy kucała koło skrzyni z jajem i kładła na niej dłoń i chociaż bardzo chciałem wyrazić jakikolwiek sprzeciw, z mojego gardła nie wydostało się żadne słowo. Chwila była wręcz... magiczna, można by rzec.
Aż ktoś ją złamał, przeklął szpetnie w ludzkim języku – a temu akurat przekleństw nie brakowało, byłem pewien że nie znam wciąż nawet połowy z nich. A potem przepchnął się przez gęstniejący przy drzwiach tłum. To był właściwie chłopak, bo choć posturę miał wojownika, rysy zdradzały, że nie przekroczył jeszcze trzydziestu wiosen. Ten sam, który patrzył najbardziej intensywnie wtedy, gdy przy stole rozmawiałem z Saenari, który od początku nie skrywał się z nienawiścią i pogardą do mnie. W kilku długich krokach przemierzył dystans potrzebny do stanięcia na środku izby, jak na mój gust zdecydowanie zbyt blisko mnie.
— Miałeś pilnować księżniczki, sukinsynie. Przez ciebie mogła zginąć! — wycedził przez zaciśnięte zęby.
Zrobił jeszcze jeden krok, groźny, agresywny, zrównując się teraz ze mną tak, że teraz stanęliśmy twarzą w twarz tylko kilka cali od siebie. Ręce zaciśnięte miał mocno w pięści, nawet przez pancerz widać było, że całe ręce, barki i kark ma sztywny. Spojrzenie natomiast ostre i palił się w nim ogień, zbyt potężny, żeby mogło chodzić tylko o pracodawczynię.
— Posłuchaj mnie. — Nie podniosłem głosu. Mówiłem równo, ale na tyle głośno, żeby każdy w pomieszczeniu mógł mnie usłyszeć. Nie cofnąłem się, choć zmęczenie wymalowane miałem na twarzy. — Bez tego jaja jesteśmy niczym; my, wy, cała wyprawa i ta wasza pierdolona księżniczka też. Nie liczę, że zrozumiesz o czym mówię. Ona dostała rozkaz, a skoro postanowiła go zignorować... Zdaje się, że w głównej sali było was, ludzi a zarazem jej przybocznej eskorty, wystarczająco dużo, żeby jej upilnować. Ale tego, rzecz jasna, nie umiecie zrobić tak dobrze jak wyszukać innych winnych. Wobec czego lepiej trzymaj mordę na kłódkę następnym razem, kiedy postanowisz podważać mój autorytet, bo nie skończy się na kilku przekleństwach.
Po czym podniosłem lekko rękę i pchnąłem go w tył, zwiększając niewygodnie mały dystans między nami. W odpowiedzi splunął tylko na podłogę tuż przed moimi stopami krwią rozcieńczoną nieco śliną i posłał mi wyzywające spojrzenie, które świadczyło, że niczego tak naprawdę nie zrozumiał. Jeśli to, co błyszczało w tych oczach, rozmydlało je beznadziejnie i nie pozwalało na dostrzeżenie świata jakim jest, było tym o czym myślałem... Ten młody człowiek będzie miał jeszcze okazję, żeby się opamiętać. Może. A może naprawdę umrze w imię głupiej miłości do osoby, która nie ma do niej prawa ani szans. Przeniosłem spojrzenie na księżniczkę, przelotne, krótkie, a gwardzista to zauważył, też się na moment odwrócił przez ramię. Niestety chwila minęła; jeśli wcześniej wydawało mi się, że coś drży w powietrzu w chwili, w której szła do jaja, teraz wszystko zniknęło, zostawiając brutalną prawdę o tym, że Więź między nimi – smokiem i ludzkim szczenięciem – nigdy się nie zawiąże. Wyminąłem mężczyznę już bez słowa i opuściłem pomieszczenie wraz z całym teatrem, który się tu rozgrywał.
— Pakujcie jajo. Jedziemy dalej — rzuciłem jeszcze w drzwiach do stojących prosto elfów, na twarzach których nie malowała się żadna emocja. — I przeliczcie trupy. Chcę wiedzieć dokładnie, ile nas jedzie dalej i kto zginął.
Wszedłem do swojej alkowy, nie zamykając nawet za sobą drzwi. Miała zapewnić mi wygodny sen, ale nie poczułem nawet złości na to, że miałem na takowy szczerą nadzieję. Rzeczywistość skorygowała te plany w jak zwykle perfekcyjnym stylu.
------------------------------------------------------------------------------------