Patrzyła na mnie. Zwróciłem na to uwagę dopiero, kiedy zamilknąłem i wyczekiwałem jej odpowiedzi. Wcześniej zastanawiałem się, czy zna tą odmianę historii, jedyną prawdziwą, ale wszystko wskazywało na to, że nie. Nie przerywała mi i nie wyglądała na znudzoną, co więcej, dla dobrego obserwatora, takiego jak ja, nie było tajemnicą, że patrzy nawet ze swego rodzaju... zainteresowaniem. Nie było to dla mnie zaskoczeniem ani nie czułem się zgorszony jej brakiem wiedzy, choć miałem wszelkie postawy, żeby to właśnie odczuwać. Byliśmy w końcu dumni i pyszni, prawda? Ale mało który człowiek grzebał na tyle głęboko; mało któremu pozwalano dotrzeć do tak odległej, prawdziwej historii naszych ras, do wiedzy zakopanej w pergaminach kurzących się na półkach Pierwszej Biblioteki w stolicy elfów.
Na mojej twarzy pojawił się nawet cień uśmiechu, kiedy znów posłała mi jedno ze swoich groźnych, przepełnionych dumą spojrzeń i kiedy odpowiedziała na moje pytanie. Ciekawe, czy przerwałbym opowieść gdyby zakomunikowała, że ma dość. Pewnie nie. Albo nigdy bym jej już nie skończył.
Nie mogłem się jednak tego dowiedzieć, bo nie dość, że wyraziła ciekawość, to jeszcze zadała wyjątkowo trafne pytanie. Pozwoliłem, żeby zdziwienie, które poczułem, wpłynęło na moją twarz, uniosło brwi i odrobinę szerzej otworzyło oczy. Dalsza część wypowiedzi wywołała zgoła inną reakcję, a mianowicie teatralne przewrócenie oczami. Uwielbiałem te drobne gesty i miny, przejęte od ludzi tak bezczelnie, że aż mnie to powinno gorszyć – ponieważ jednak oburzało niektóre z elfów, całkiem mi się podobało. Postanowiłem najpierw rozwiać wątpliwości księżniczki co do pierwszego pytania.
— A wyznawcy której religii widzieli swoich bogów? — odpowiedziałem pytaniem i uśmiechnąłem się krzywo, nie starając się ukryć ironii w głosie. Odpowiedź była prosta; z pewnością żadni, miałem nadzieję że u niej w głowie pojawiła się prawidłowa i nie zamierzałem tego tłumaczyć. — Taki urok religii w swojej istocie, ciekawy temat, ale na inną rozmowę. Tutaj przyczyna jest zgoła inna niż tylko domysł, że wszystko zostało zmyślone przez kapłanów lub zniekształcone w ciągu setek lat przekazów ustnych z pokolenia na pokolenie. A mianowicie, jak już mówiłem, Istoty Stworzenia tchnęły życie w nowe pięć ras, ale cena była bardzo wysoka. Oddały życie, aby nasze Stworzenie było pełne.
Przerwałem gwałtownie. Poczułem nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, przez moment oddychałem głęboko, nie patrząc na rubinową księżniczkę, choć wciąż widząc ją kątem oka. Nie mogłem się wyzbyć tego zwyczaju, za ch*****, ale dobrze mi służył i pomógł do tej pory w niejednej wydawałoby się kiepskiej sytuacji. Spojrzenie miałem wbite w płótno wojskowego namiotu, poplamione czymś, co przypominało wino... Albo krew. Nie sądziłem, że przyjdzie mi opowiadać o Początku – a może i nawet więcej – zwykłej ludzkiej dziewczynie. Odetchnąłem jeszcze raz. Taki jest plan. Musi mi zaufać. Musi wiedzieć i znać trochę prawdy, żeby później łatwiej mamić ją kłamstwami.
Dlatego kontynuowałem, nie odwracając wzroku od plamy.
— „To ironiczne”, mówią ci bardziej aroganccy. Bogowie, którzy nie byli nieśmiertelni. Którzy musieli poświęcić życie, aby coś stworzyć; wcale nie nieskończeni i nie ponad czasem, nie ponad materią, nie ponad światem. Nie patrzą z góry. Jednak uważaj; lepiej, żebyś jako przyszły Jeździec — nawet się nie skrzywiłem — nie należała do tych aroganckich i dumnych. Istoty Stworzenia nie odeszły. Nie umarły. One się przekształciły. Od tamtego czasu ich cząstka drzemie w każdym z nas. Elfy, ludzie, anioły, krasnoludy i jedna magiczna rasa. Cała reszta istot, które są ci z pewnością znane — uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust przy wypowiadaniu tych słów znów zabarwionych lekko ironią — czyli orki, ogry, gnomy, gobliny i wszystkie pokrewne powstały zrodzone z wojen.
Wziąłem kielich i wypiłem krótki łyk wina. Rozlało się po języku, zwilżyło nieco suche już gardło.
— A wojen było dużo. Pomiędzy różnymi stronami, zawsze doprowadzały do chaosu, zniszczenia i rozszczepienia; nigdy niczego nie scaliły — powiedziałem i po raz pierwszy od początku przemowy popatrzyłem księżniczce prosto w oczy. Podtrzymałem ten kontakt wzrokowy, choć był niewygodny, a może nawet nieprzyjemny. — Istoty Stworzenia przekazały jeszcze jeden dar, który miał im zapobiegać. Jeźdźców.
Pozwoliłem, aby to ostatnie słowo zawisnęło między nami. I nic już nie dodałem, patrzyłem tylko przenikliwie, nie pozwalając sobie na drgnięcie choć jednego najmniejszego mięśnia w swoim ciele.
