Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
piątek, 27 kwietnia 2018
16.

         Rozluźniłem się widocznie, kiedy księżniczka złapała kielich i przez kilka długich chwil piła niemal łapczywie, do dna znajdujące się w nim wino. Pozwoliłem sobie na opuszczenie gardy, choćby odrobinę, i sam po raz kolejny sięgnąłem po swoje naczynie, przechylając je na zdecydowanie krócej niż kobieta. Słodkawy zapach winogron uderzył mnie przyjemnie w nozdrza. A później odstawiłem kubek na stół po żołniersku, nie bawiąc się w maniery i delikatność, która co prawda cechowała elfy, a zarazem była tak ważna w ludzkiej etykiecie. Nie lubiłem podążać za zasadami, szczególnie też nienawidziłem zakazów.
        Powiodłem spojrzeniem za twarzą rubinowej księżniczki gdy wstała, sam również się podniosłem. Odprowadziłem ją tym milczącym wzrokiem do wyjścia z namiotu i dalej, aż zniknęła mi z oczu, prawie bez ruchu, tylko coraz mocniej zaciskając pięści splecionych za plecami dłoni.
        — Oczywiście, księżniczko Saenari.
        Słowa wycedziłem z zimnym opanowaniem, czując lekceważenie i pychę dziewuchy, która wyszła nie czekając na moją odpowiedź, a jednak czuć w nich było całą moją pogardę i nienawiść do gatunku ludzkiego, w tym momencie koncentrującego się na tym jednym przedstawicielu ich słabego gatunku.
        Bez choć jednego dodatkowego, zbędnego słowa wykonałem machnięcie ręką, które można by odebrać nawet jako lekceważące, ale na ten gest dwóch z czterech elfów stojących przy wyjściu z namiotu odwróciło się sztywno i ruszyło w kierunku, w którym odeszła księżniczka. Mieli śledzić każdy jej krok, pilnować na każdym zakręcie i wyłapać wszelkie niebezpieczeństwa grożące dziewczynie, nawet jeśli chodziło o podrapanie skóry ramion cierniami krzewów przy których przechodziła. Coś mi mówiło, że ściągnie na siebie niejeden problem, wobec czego dwójka moich ludzi to tylko chwilowe rozwiązanie; w końcu i tak zmierzamy do tego, żebym zdobył jej zaufanie i żebym to ja był przy jej boku na każdym kroku, pilnował każdego jej gestu. Irytacja wezbrała we mnie gwałtownie, ale równie szybko się ulotniła, kiedy tylko w głowie powtórzyłem sobie krok po kroku swój – albo raczej nasz z Yöelem – plan. Dopiłem wino i wyszedłem na zewnątrz.
        Noc była ciepła. W powietrzu unosił się zapach kwiatów drzew owocowych, niesiony z wiatrem wraz z płatkami z oddalonych być może nawet dziesiątki kilometrów sadów królestwa Nar. Księżyc jasno oświetlał okolicę niebieskawą poświatą. W obozie mimo późnej pory wciąż kręcili się ludzie i elfy, jedni zajmujący się swoim orężem, inni ogniskami i gotującym się na nich jedzeniem. Tam kręcili się ludzie, wzbudzając tym moje niezadowolenie, ale być może tylko ze względu na sam fakt rasy – tu jeszcze ogień nam nie przeszkadzał i nie narażał na wykrycie. Moi rodacy siedzieli w cieniach, niektórzy nieruchomi, wpatrzeni w dal; wyglądający na rozmyślonych choć wiedziałem, że pozostają czujni. Inni zajmowali się różnymi sprawami, ale w ich gestach nie znać było nerwowości, która czaiła się u ludzi. Nie chodziło o to, że byli bardziej opanowani. Po prostu umieliśmy lepiej ukryć strach i zdenerwowanie.
        Kluczyłem po improwizowanym obozie, wyraźnie podzielonym na dwie części i obserwowałem. To było póki co najważniejszym zadaniem.

        Dni wlekły się niemiłosiernie, podróż wciąż spowalniała i zakłócała niemoc księżniczki albo jej fochy, które podtrzymywali jej pachołkowie. Księżniczka głodna? Postój. Księżniczka zmęczona? Stajemy. Księżniczka kicha? Oj oj oj, zatrzymujemy się. W mojej opinii działo się to coraz częściej, a każda kolejna przerwa była dłuższa od poprzedniej. Księżniczka musi w krzaki, księżniczka zbyt mocno się opaliła od coraz cieplejszego wiosennego słońca, za zimno porankiem na podróż, za ciepło w południe, za mokro w deszcz, za szybko przy dobrej pogodzie.
        Wszystko to powodowało moją narastającą frustrację. Zrobiłem się bardziej niż zwykle drażliwy i nawet nie czułem już potrzeby, żeby swoje niezadowolenie hamować. Doszło do tego, że jednej nocy doszło między mną a Yöelem do kłótni – cóż, kłótnia to może za dużo powiedziane w wypadku elfów, ale wymieniliśmy ostre zdania, bardzo niepodobne dla naszej rasy i dlatego też bardzo rzadkie. Kolejne dni patrzyliśmy na siebie z byka; albo raczej ja na niego, bo blondyn był opanowany i nawet jakby weselszy. Im gorzej się czuł, tym lepiej wyglądał, s*******.
        Wreszcie po kilkunastu dniach męczarni dotarliśmy do granicy, a złość i zniecierpliwienie wzięło górę nad wszelkimi uprzedzeniami czy grzecznością. Sam zarządziłem postój, a kiedy tylko stopy księżniczki dotknęły ziemi, ledwo powstrzymałem się od zwyczajnego pociągnięcia za sobą za łokieć. Ograniczyłem się na szczęście do prośby żeby za mną podążała, a zatrzymałem się dopiero, kiedy znaleźliśmy się poza zasięgiem słuchu wyczulonych elfich uszu.
        Zmierzyłem ją zimnym spojrzeniem od stóp do głów. Dumna i pyszna jak zawsze, mimo zmęczenia wyraźnie rysującego się na jej twarzy. Podziwiałbym jej i tak wysoką jak na osobę nieprzywykłą do podróży wytrwałość, gdyby mnie tak bardzo nie irytowała. I gdyby oczywiście nie była tylko człowiekiem. Jak smoki mogły się tak bardzo pomylić? Chyba nigdy tego nie zrozumiem, mimo że w ciągu ostatnich dni zadałem sobie to pytanie więcej razy niż jakiekolwiek inne wcześniej w całym moim życiu.
        — Kiedy wyjedziemy poza granice królestwa Nar, przestaniemy być tak dobrze chronieni. Z pewnością, księżniczko, zdajesz sobie sprawę że będziemy poruszać się bez sztandaru, bo przyjdzie nam przemierzać ziemie, których władcy życzą księżniczce i jej rodzinie... nie najlepiej — zawahałem się na moment, tylko po to, żeby ostatnie słowo podkreślić mocniej. Twarz miałem kamienną, niewyrażającą uczuć które mną szarpały, choć zachowywanie jej przychodziło z wielkim trudem. — I dlatego od teraz nie jesteś już księżniczką. Możesz być córką chłopa, nałożnicą albo służącą, nic mnie to nie obchodzi, ale żaden przejezdny nie powinien zobaczyć w tobie szlachetnie urodzonej. Nawet bez sztandaru takie osoby bardzo kuszą bandy i kampanie bandyckie.
        Na moment znów przerwałem, po czym lekko zmrużyłem oczy, a na moich ustach wykwitł wcale nieprzyjemny, a wręcz paskudny uśmieszek.
        — Poza tym najbezpieczniejsza będziesz, księżniczko — wtrącałem ten tytuł prześmiewczo, ale mogła nie zwrócić na to uwagi — u mojego boku. Będę szedł z tobą wszędzie tam, gdzie ty. Skoro to mamy już załatwione, myślę że możemy bez wahania wjechać na obce ziemie.
        Z moich ust nie schodził ten sam uśmiech.
------------------------------------------------------------------------------------