Muszę przyznać, że czułem pewną dozę przyjemności płynącą z
obserwowania, jak twarz dziewczyny się zmienia, kilka razy w ciągu mojej
krótkiej przemowy. Niestety, kiedy tylko otworzyła usta, mocniej zmrużyłem
oczy, a uśmiech przygasł, pozostawiając na twarzy na moment pogardę i
wściekłość, którą zatuszowałem wyższością. W końcu w tym byłem naprawdę niezły,
choć i tak o wiele gorszy niż każdy inny przeciętny elf.
— My się chyba nie zrozumieliśmy... — zacząłem powoli, ale mojemu
głosowi daleko było teraz do chłodu i opanowania. Pocieszeniem, choć marnym,
było to, że najwyraźniej Rubinowa księżniczka już dawno przestała panować nad swoimi
prymitywnymi odruchami. — To nie była prośba. Ani negocjacje. To był rozkaz, a
ty zostałaś postawiona przed faktem dokonanym — wyjaśniłem, pilnując się żeby
nie drgnąć, choć ręce wyciągały się w kierunku ludzkiej dziewczyny i to
bynajmniej nie po to, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Czy mogłem ochronić ją
przed sobą samym? Nie. Nawet nie zamierzałem próbować, w końcu wiedziałem
doskonale jak to wszystko ma się skończyć. — Twoi ludzie nie są w stanie
najpewniej uchronić nawet własnych tyłków, nie mówiąc już o tak ważnej osobie
jak nowy Jeździec.
Mimo wściekłości i ostrych słów, przerwałem nieco
gwałtowniej, bo w tej sekundzie zauważyłem, że w jej oczach płonęło coś, czego
jeszcze w nich nie widziałem w ciągu naszej znajomości. Wreszcie przejaw –
nawet jeśli mizerny – tego, że była choćby odrobinę warta mojego zainteresowania.
Nie było nich pychy, dumy, próżności i
ewidentnego rozpieszczenia życiem w zamku, lecz stal. I jasno płonący ogień.
Trwało to dłużej, a ja patrzyłem z rosnącym zainteresowaniem.
Wszystko się skończyło z tą żałosną próbą grożenia mi;
miałem ochotę się zaśmiać, ale sytuacja zrobiła się zbyt poważna, żeby teraz
robić sobie z tego żarty. Księżniczka nie była dla mnie zagrożeniem –
przynajmniej jeszcze nie – jej ludzie dla moich tym bardziej. Ja za to nie tyle
nie mogłem otwarcie grozić dziewczynie znajdującej się pod moją opieką, co
nawet nie miałem zamiaru – nie potrzebowałem tego, żeby wzbudzić posłuch i
strach. Ciekawe czy zdziwiłaby się konsekwencjami wydania takiego rozkazu swoim
ludziom; nie wątpiłem, że moi wojownicy szybko wybiliby ich w pień i może to
będzie ostatecznie najskuteczniejszym rozwiązaniem i najszybszym możliwym
sposobem pozbycia się tego ciężaru w postaci ludzi, którego tak nienawidziłem.
Jednak jeszcze nie teraz.
Zignorowałem urażoną dumę. A może tylko odsunąłem ją na
dalszy plan, bo wiedziałem że w końcu pięknie się za to zemszczę. Zamiast tego
wyprostowałem się nawet mocniej i spojrzałem na nią zimnym wzrokiem z góry.
— Jak powiedziałem, jest mi to obojętne kim teraz się
staniesz. Koniec z księżniczkami i tytułowaniem. Jeśli nie pasuje ci żadna z
tamtych ról, zostań wojownikiem. Umiesz trzymać broń? Strzelać z łuku?
Wykorzystać pracę nóg? — zapytałem, ale w moim głosie słychać było jawne
powątpiewanie. W końcu damy nie muszę tego robić, a ta przede mną była fatalnym
przypadkiem damy właśnie.
Wiedziałem, że słowne przepychanki to za mało, ale granica
była tak cienka... Choć mogłem ją zabić tu i teraz, musiałem się przed tym
powstrzymywać i naprawdę użyć do tego sporo silnej woli, której pokłady zawsze
mi się szybko wyczerpywały. Pobieżnie rozglądnąłem się dookoła po niewielkiej
polanie otoczonej kwitnącymi drzewami aby sprawdzić czy ktoś tu z nami jest.
Nie wyłapałem żadnego ruchu, więc w jednym długim kroku zniwelowałem istniejący
między nami dystans i ciężko położyłem dłoń na jej ramieniu, lekko zaciskając
na nim palce. Nasze twarze dzieliła teraz oczywiście różnica wzrostu, ale
odległość między nimi była naprawdę niewielka, można by rzec że wręcz nieprzyzwoita.
Nie obchodził mnie w tej chwili jej komfort psychiczny.
— Widzę, że lubisz rozdawać rady. Ale posłuchaj mnie uważnie.
To ty nie zapominaj, kim jesteś i gdzie jest teraz twoje miejsce. Zdajesz sobie
w ogóle sprawę ile stworzeń na całym świecie w tym momencie czyha na twoje
życie? Wiele istot zaryzykuje życiem, żeby znaleźć się na twoim miejscu. — Ryzykowne
posunięcie, biorąc pod uwagę moje zadanie. Ale najwyraźniej delikatna gra z tym
ludzkim pomiotem na nic się nie zda. A komu przyjdzie na myśl szukać prawdy w
czymś, co leży tak blisko? Z pewnością nie rozpieszczonej księżniczce, która
tak mało wie o prawdziwym życiu za murami bezpiecznego zamku. — Na szczęście —
dodałem ironicznie — masz mnie u swojego boku. Wracajmy do reszty, czas ruszać.
Z tymi słowami opuściłem dłoń, ale nie odsunąłem się nawet o
krok. Ona naprawdę wciąż nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji, a mnie
kończyła się cierpliwość i dostępne środki do tego, aby ją uświadomić w nowej
sytuacji, w której się znalazła.
