Ile jeszcze miałem tego wytrzymać? Z pewnością przyjdzie mi
męczyć się przynajmniej kilka tygodni, aż nie zaczniemy wprowadzać planu w
życie. Pozbyć się świadków, po obu stronach, to po pierwsze. Przykry wypadek, prawdopodobna
do wystąpienia napaść, przed którą tyle razy bezskutecznie ostrzegałem głupiutką
księżniczkę; to wszystko. W tym układzie ja byłem mieczem, miałem zająć się
obciążeniem jakim była dziewczyna, natomiast Yöel był mózgiem,
wszystkimi zmysłami, a oboje poruszaliśmy się na sznurkach sięgających dalej,
niż mogłem zdawać sobie sprawę. Mimo całej swojej dumy i pewności, że wiem o
wszystkim, mogłem się przecież mylić, a myśl że o jakiejś części planu nie wiem
w ogóle nie przedostawała się do mojej świadomości. Zbyt pewny siebie. Byłem
zbyt pewny, ale w tej chwili to nie miało znaczenia.
Nic się nie liczyło, tylko ta nienawiść
trawiąca moje wnętrzności, drobne ukłucie bólu w klatce piersiowej za każdym
razem spojrzeniem na królewską córkę. Właściwie na jakiegokolwiek innego
człowieka, ale ona... Jej nienawidziłem w szczególności i przez krótką chwilę
staliśmy tak blisko siebie bez ruchu, patrząc sobie prosto w oczy. Po raz
pierwszy miałem okazję przyjrzeć się z takiej odległości jej twarzy. Szare tęczówki.
Nie... Srebrne, obramowane gęstymi, czarnymi rzęsami. Błyszczące w zupełnie
inny sposób, choć z pozoru podobne, w rzeczywistości kompletnie inne; to mój
umysł dodawał sobie nieistniejące fakty, żeby łatwiej było nienawidzić, gardzić
i pomiatać. Żebym pamiętał o pielęgnowaniu tego jednego uczucia, aż w końcu
stanie się wszystkim, żeby nie czuć już tego, czego nie chciałem czuć.
Poczułem dotyk jej palca na klatce piersiowej, choć pozornie
niegroźny, uruchomił we mnie wściekłość i agresję, nad którą coraz ciężej mi
było zapanować, a która gromadziła się wiele lat. Jakby czekała, aż spotkam tą
osobę. Aż potknę się spojrzeniem o te srebrne tęczówki. Odezwała się, wybijając
mnie częściowo z tego transu, choć jej głos nie należał już do niej, tak
podobny do innego.
Ale ona dalej swoje, idzie w zaparte i ani jej w głowie
logiczne myślenie. Przewróciłem teatralnie oczami.
— Ja wciąż nie proszę o pozwolenie — wycedziłem przez mocno
zaciśnięte zęby, usilnie starając się wrócić do rzeczywistości, spojrzeć na nią
trzeźwo, odsunąć się, odejść, zostawić ją przywiązaną do drzewa. Rozszarpać
nadgarstki zębami i patrzeć jak się wykrwawia. Przytulić i powiedzieć, że od
teraz już wszystko się ułoży, że życie dało nam drugą szansę, że możemy podjąć
wybory na nowo. Ale nie zrobiłem nic, wciąż tylko stałem, patrząc na nią i
czując, że rzeczywistość i fantazja nie mają już żadnej granicy, że różne
obrazy się na siebie nakładają, a ja ewidentnie i ostatecznie postradałem
zmysły.
Fala bólu przywróciła cienką linię, która rozróżnia te dwa
światy. Dopiero wtedy, po kilku sekundach, kiedy echo uderzenia już wygasło na
nasłonecznionej polance, dotarło do mnie co się stało. Choć duma i złość naraz zawrzały
we mnie gwałtownie, poczułem też ukłucie, delikatne tchnienie wdzięczności za
przywrócenie mnie do świadomości, nawet jeśli tak wielkim kosztem. Tego jednak
nie dało się wyczytać z mojej twarzy. Uderzenie. Spoliczkowała mnie. Szarpnęła
za włosy.
Że... Co, kurwa? Saenari Elowen Laakasja Alcar mnie
uderzyła. Nie zwykłem przepuszczać takich rzeczy bez echa. Nie, jeśli sprawcą
był ludzki pomiot z brakiem instynktu samozachowawczego.
Wykorzystała moje chwilowe zawieszenie i dezorientację, ale
teraz byłem już na ziemi, przytomny i, lekko mówiąc, bardzo zły. Ze zranioną
męską dumą, a elfia duma jak wiadomo potrafi przerosnąć najśmielsze
oczekiwania. Naprawdę przestało się liczyć kim jest ona, kim jestem ja, co mam
zrobić, a czego robić zdecydowanie nie powinienem. Nie było też Yöela nigdzie w pobliżu, który z pewnością by mi przeszkodził w
tym, co zamierzałem zrobić. Mała ludzka pchła źle trafiła, wybrała najgorszy
możliwy moment na okazywanie niezadowolenia.
Staliśmy wciąż blisko siebie, tym
lepiej. W ułamku sekundy zwinąłem się jak do ataku, ale nie sięgnąłem po miecz.
Ta część świadomości – że dziewczyna nie jeszcze może zostać zraniona – wciąż pracowała,
tylko konsekwencje tego wszystkiego już dawno przestały mnie obchodzić. Kolejna
fala bólu dotarła do moich zmysłów, kiedy w dłoni dziewczyny została prawie
garść wyrwanych mi włosów i to tylko pobudziło mnie do działania. Swoimi rękami
unieruchomiłem jej dłonie, zaciskając palce na nadgarstkach, po czym popchnąłem
ją do tyłu nie wkładając w to przesadnie dużo siły ale zmuszając do cofnięcia
się, po czym przycisnąłem ją plecami do najbliższego drzewa. Sam przylgnąłem swoim
ciałem do niej, wpychając kolano między nogi tak, żeby ewentualne kopnięcia nie
wyswobodziły jej z uchwytu. Znałem się na rzeczy, a do okiełznania takiej
słabowitej ludzkiej dziewczyny nie trzeba było zbyt dużo siły; dlatego
przesadnie jej nie używałem.
Przycisnąłem ją do drzewa nawet mocniej,
czując ciepło jej brzucha, wnętrza ud i piersi na swoim ciele. Spojrzeniem
odnalazłem oczy. Wciąż srebrne. Jak mogły wydawać mi się w tamtej chwili
znajome?
— Kim jestem? Mężczyzną. Starszym. Silniejszym. I wściekłym.
— Mówiłem powoli, nie zaciskając ani zwalniając chwytu nawet odrobinę — A ty?
Myślisz że czym jesteś w tym
momencie? Bo według mnie ludzką dziewczyną, z którą mogę zrobić, co mi się tylko
podoba. Choćby dlatego, że znalazłaś się w takiej sytuacji... Będę cię chronił.
— Choć słowa same w sobie mogłyby brzmieć na ciepłe, zdecydowanie takie nie
były. Czuliśmy, że na grzeczność już jest za późno z mojej, jak i z jej strony.
— Nalegam.
