Cóż, o pokojowym rozwiązaniu sprawy nie mogło być już mowy.
Jeśli wcześniej miałem na to jakieś nadzieje, teraz rozpierzchły się one niczym
poranna mgła pod wpływem promieni słonecznych. Nie potrafiłem jednak czuć na
siebie złości ani wyrzutów sumienia, nie teraz, kiedy w ustach czułem smak
triumfu. Kiedy patrzyłem na twarz księżniczki zdając sobie sprawę, jak bardzo
teraz nad nią dominuję i jaką mam władzę; nad nią, jej życiem i ciałem. Napawałem
się tą chwilą, chłonąłem to wydarzenie całym sobą, każdą cząsteczką ciała,
wszystkimi zmysłami. Wciąż nie myślałem logicznie, nie obchodziły mnie
konsekwencje ani przyszłość dopóki adrenalina krążyła we krwi, powodując
przyspieszone bicie serca i płytszy oddech.
Protesty księżniczki nie przyniosły zamierzonego przez nią
skutku. Wręcz przeciwnie, tylko podjudziły mnie do pewniejszego uchwytu,
spowodowały że przycisnąłem się do niej nawet mocniej. W międzyczasie – choć wszystko
to trwało zaledwie chwilę – złość, którą wcześniej odczuwałem przekształciła
się. Poczułem więcej ekscytacji i satysfakcji, a myśli zaczęły krążyć nad zgoła
innymi tematami niż moja opieka nad księżniczką Saenari. Gdybym tylko
oswobodził jedną rękę, a wciąż mogłem to zrobić tak żeby dziewczyna się nie
wyrwała, mógłbym zacisnąć palce na jej szyi. Coraz mocniej, patrząc jak ta
buntowniczość i wściekłość w jej oczach zmienia się najpierw w przerażenie, a
potem zrozumienie. Patrząc, jak znika z nich życie. Czy faktycznie mógłbym to
zrobić teraz, w taki sposób, skoro te oczy tak niedawno wydawały się należeć do
kogoś innego niż rozpieszczony ludzki bachor?
Jej słowa nawet mnie rozbawiły, zwłaszcza w kontekście
wcześniejszych wspomnień i nakładających się na siebie obrazów.
— Zapewniam, że akurat w tej chwili dobrze wiem, z kim
rozmawiam — mruknąłem wręcz pieszczotliwie, przyciskając kolano mocniej do kory
drzewa, a na moich ustach znów pojawił się uśmiech. Wyraz, którego nie
potrafiłem kontrolować, spowodowany adrenaliną i chęcią mordu, tą nienawiścią,
którą tak dobrze znałem, która zadomowiła się we mnie już na dobre i wyparła
wszystko inne. I rosnącą ekscytacją.
Byłem ponownie tak pewny siebie i próżny w tej pewności –
nic nie uczyłem się na błędach, jak zwykle – że w najśmielszych oczekiwaniach
nie mogłem przypuszczać, że dziewczynie uda mi się stawić opór. Skupiłem się
tylko na tym, żeby nie mogła się mi wyrwać, ale nie pomyślałem, że przez to nie
koncentruję się na równowadze i można to wykorzystać, aby ją przechylić do
tyłu. Żebyśmy się wywrócili na trawę. Uderzyłem plecami i już to wycisnęło mi
powietrze z płuc, przez co jęknąłem bezgłośnie, a jeszcze dodatkowo księżniczka
wylądowała na mnie, dociskając boleśnie do ziemi klatkę piersiową. W trakcie
upadku odruchowo wypuściłem jej nadgarstki aby rękami zamortyzować upadek, ale
na nic się do nie zdało. Na moment przed oczami pojawiły mi się mroczki, a pod
palcami czułem chłodne źdźbła długiej trawy i ziemię.
Ponownie ocuciła mnie księżniczka. I dopiero teraz dotarło
do mnie, jakie to wszystko jest irracjonalne i głupie. Jak w ogóle mogłem dać
się wplątać w coś takiego? To upokarzające. Cieszyłem się, że nie ma żadnych
naocznych świadków, bo coś czułem że duma dziewczyny też została zarysowana tym
wszystkim i wątpiłem, żeby komuś się chwaliła tym, co między nami zaszło.
— Dosyć — wycedziłem przez zęby.
Przyzwyczajony do walki wręcz, odgoniłem uderzenia Saenari
jak zbyt natrętną muchę, po czym położyłem dłonie na jej biodrach i zwyczajnie
ją z siebie zrzuciłem na trawę obok. Było mi niedobrze z upokorzenia, choć
pewnie też od uderzenia potylicą o grunt, więc potrzebowałem kilku sekund z
zaciśniętymi powiekami, żeby wreszcie podnieść się do siadu. W głowie mi
zawirowało, ale i tak spojrzałem na dziewczynę obok, ponownie wściekły ale nie
zamierzałem się z tym wcale ukrywać. W dupie miałem jak „się powinno” czy „jak
przystoi” mojej rasie. Od dawna nie byłem już jednym z nich, choć wciąż z ostro
zakończonymi uszami, elfią fizjonomią i dostojną gracją. Nie byłem też
człowiekiem, wciąż zbyt dumny i przywiązany do nienawiści do nich. Ja stałem
pomiędzy stopami po obu stronach przepaści, nawet jeśli ta rosła z każdym
dniem, powodując bolesne napięcie mięśni.
— Nigdy więcej nie waż się mi grozić — warknąłem, nie
ruszając się z miejsca. Wstyd, co za wstyd. Siedzieć brudnym od trawy w
dziewuchą, która nie kontroluje prymitywnych emocji... I nie kontrolować ich
razem z nią. — Jeśli nie chcesz, żebym cię dotykał, lepiej też nie dotykaj mnie
— rzuciłem, mając na celu przypomnienie, że to ona zaczęła cały ten cyrk. Nie
mogłem sobie podarować tego przytyku. — Mam w dupie, kim byłaś w królestwie
Nar. Za kilka minut opuścimy jego granice, a ty przestajesz być księżniczką i,
do ciężkiej cholery, zaczynasz się wreszcie zachowywać jak Jeździec. Dla mnie
będziesz tylko rozpieszczonym dzieciakiem, który nie rozumie jakiego zaszczytu
dostąpił, przynajmniej dopóki nie przestaniesz się tak zachowywać. Tak też będę cię traktował.
Z ostatnim zdaniem zebrałem się wreszcie z ziemi, otrzepałem pobieżnie
i tak zakurzone od drogi ubranie i ruszyłem w drogę powrotną do obozu, nie
oglądając się za siebie.
