Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
niedziela, 29 kwietnia 2018
24.


Mocno zaciskałem szczęki, a wzrok wbity miałem w dal przed sobą, skupiony, choć nie patrzyłem w żadne konkretne miejsce. Odruchowo, idąc przez gęstniejący od polanki las i przedzierając się przez co niższe warstwy poszycia, dłoń trzymałem w pogotowiu, tak aby w razie konieczności miecz dobyć szybciej niż wydawało się to możliwym. Jak się czułem? Wyprowadzony z równowagi to jeszcze mało powiedziane. Ale nagle skończyły się słowa, zniknęła też potrzeba konkretnego opisania swojego stanu. Pozwoliłem sobie na wiele; na zdecydowanie zbyt dużo i nagle nawet zacząłem żałować, że ten irytujący blondyn akurat wtedy nie był w pobliżu, żeby ingerować kiedy był jeszcze na to czas.
Poczułem palące spojrzenia na sobie i księżniczce, kiedy tylko wkroczyliśmy do obozu. Nie patrzyłem jednak na nikogo, skutecznie ominąłem kontakt wzrokowy z Yöelem i poszedłem prosto do swojego nietypowego wierzchowca. Chciałem zrównać się z księżniczką, aby dać jej znać od początku, że teraz jest pod moją opieką, ale wtedy podjechał do mnie Yöel tak gwałtownie i blisko, że nasze strzemiona obiły się o siebie. Obrzuciłem go najchłodniejszym spojrzeniem, na jakie było mnie stać.
— Porozmawiamy wieczorem.
Na twarzy miał szeroki uśmiech, a w oczach czaiło się coś groźnego, co spowodowało nieprzyjemny, zimny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Wyminął mnie i zajął czoło pochodu na swoim smukłym, karym ogierze.
— Masz pilnować księżniczki — dodał, będąc już właściwie plecami do mnie, ale usłyszałem te słowa. Niestety. Bo gdybym tego nie zrobił, mógłbym zignorować jego polecenie z czystej niewiedzy, nie tylko przekory. A tej dużo było we mnie, na tyle, że prawie popędziłem Etariela aby znów zrównać się z blondynem, nawet jeśli przez ostatnie kilkadziesiąt minut sam walczyłem z księżniczką o to, czego teraz nie chciałem wykonać.
Mimo wszystko musiałem to zrobić. Taki był plan, prawda? Zamiast jednak ustawić wierzchowca obok niej w pochodzie, jechałem na ogonie jej klaczy. W ten sposób mogłem być blisko, widziałem wszystko co się z nią działo, a nie musiałem jej patrzeć w oczy i – nie dajcie Istoty Stworzenia – z nią rozmawiać. Ona chyba też szybko zapomniała o moim istnieniu, więc posuwaliśmy się do przodu całym pochodem znów w nieco lepszym tempie, w szyku wskazującym już z oddali na najemników. Elfie wojowniczki w pochodzie mocno się pomalowały na naszą elfią modłę, zaczesały włosy i wyglądały wreszcie tak, jakimi je znałem, czyli na prawdziwe amazonki. Piękne i groźne już na pierwszy rzut oka. Schowaliśmy sztandary, usprawniliśmy pochód. Wszystko szło doskonale, nawet pod wieczór, kiedy już z oddali czuć było woń pieczeni i światła karczmy stojącej na rozdrożu; wciąż jeszcze poruszaliśmy się szerokim, często uczęszczanym traktem. Dopiero później przyjdzie nam z niego zboczyć na leśne, mało wygodne ale bezpieczniejsze w niektórych krainach dróżki.
Kiedy zbliżyliśmy się do karczmy, wyprzedziłem dziewczynę i jej beznadziejną straż przyboczną, pogoniłem Etariela do szybkiego kłusa i dotarłem na czoło, gdzie wciąż znajdował się Yöel. Wciąż cierpła mi skóra na myśl o rozmowie z nim.
— Zatrzymujemy się w karczmie — ogłosiłem stanowczo, nawet na niego nie patrząc. Może gdybym usłyszał jak bardzo chce tego księżniczka, pogoniłbym nas dalej, w bezpieczniejsze miejsce niż przydrożna karczma, w której nietrudno o awanturę. Póki co na szczęście nie byliśmy ścigani, poza tym nie słyszałem Saenari, a sam miałem ochotę na zjedzenie czegoś, co da się przełknąć bez konieczności przepijania za każdym kęsem. — Najlepiej przekaż to ludziom — dodałem, nie powstrzymując się od bezczelnego uśmieszku.
Z tymi słowami spiąłem Etariela piętami, a on puścił się niespiesznym galopem, choć wyraźnie czułem jego niesmak na takie traktowanie.
‘Nie być byle koń‘
Na moich wargach pojawił się prawdziwie szczery uśmiech, który rozjaśnił oczy. Nikt nie mógł tego widzieć, nawet Etariel, który był jego przyczyną. Smoki porozumiewały się za pomocą myśli, mogły też swobodnie czytać w myślach istotom myślącym, które nie potrafiły budować odpowiedniego muru myślowego. W tych czasach niewielu to potrafiło, a jednak wciąż szkoliło się dowódców wyruszających na wojnę z tą potężną rasą. Na wojnie nie było to umiejętnością przydatną dla smoków, kiedy miały pod sobą setki tysięcy ludzi z milionami myśli na minutę; ale było łącznością i komunikacją pośród Jeźdźców. Podobno. Natomiast Etariel był – mimo całej swojej wspaniałości i niewątpliwej magii płynącej w jego żyłach – dużo bardziej prymitywny. Formułował myśli i mógł się porozumiewać z ludźmi, którzy byli wyjątkowo słabi psychicznie lub mu na to pozwalali. Wciąż jednak niezbyt dobrze władał językiem wspólnym i pewnie nigdy już się go nie nauczy, nawet jeśli jego uwagi bywały błyskotliwe.
Wstrzymałem go tuż przed wjazdem do oberży, zatańczył pięknie masywnymi kopytami na piasku i wierzgnął głową. Poklepałem go po szyi wciąż z tym samym uśmiechem.
— Wciąż o tym zapominam — mruknąłem, w ten sposób jawnie się z nim drocząc, po czym puściłem wodze i zeskoczyłem z jego grzbietu twardo na ziemię.
Wyprostowałem się dumnie i przeszedłem podjazdem aż do wielkich drzwi prowadzących do gospody. Najpierw nasłuchiwałem uważnie przez kilka chwil, ale nie było słychać niczego nadzwyczajnego. Pijackie śmiechy, głuche krzyki przy grze w kości, przekleństwa i inne rozmowy. Nic mnie nie zaniepokoiło, więc otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Załatwiłem nocleg u karczmarza, który narzekał na brak miejsc i tłok do chwili, w której pokazałem mu przytroczony do paska mieszek. Ten spowodował błysk w oku, a i miejsce od razu się jakieś znalazło.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, cały pochód już tam stał. W gotowości, na koniach, z Etarielem zajmującym się soczyście wyglądającą trawą nieco z boku. Skinąłem głową. Wystarczyło, elfy zeskoczyły z siodeł jak na komendę i czuć było ich podekscytowanie jak u ludzkich dzieciaków. Brakowało im porządnego jadła i mocnego piwa z gęstą pianą, brakowało łóżek. Przez chwilę nawet pomyślałem, że dobrze się stało iż się tu zatrzymujemy, ale potem przypomniałem sobie o księżniczce i natychmiast humor jakoś się pogorszył. Podszedłem do jej konia i bez słowa złapałem jego wodze, żeby mogła zsiąść. Nie podałem ręki. Patrzyłem tylko na jej twarz, starając się nie zdradzać emocji.
— Pozwól odpocząć swoim ludziom — rzuciłem tylko chłodno, dając znać że tutaj ja będę się nią zajmował.
Coś się zmieniło między nami po tym żałosnym incydencie, oboje musieliśmy to czuć. Może po prostu nie musieliśmy już udawać kogoś, kim nie jesteśmy, oboje, choćby w małym ułamku procenta.
------------------------------------------------------------------------------------