Mocno zaciskałem szczęki, a wzrok wbity miałem w dal przed
sobą, skupiony, choć nie patrzyłem w żadne konkretne miejsce. Odruchowo, idąc
przez gęstniejący od polanki las i przedzierając się przez co niższe warstwy
poszycia, dłoń trzymałem w pogotowiu, tak aby w razie konieczności miecz dobyć
szybciej niż wydawało się to możliwym. Jak się czułem? Wyprowadzony z równowagi
to jeszcze mało powiedziane. Ale nagle skończyły się słowa, zniknęła też
potrzeba konkretnego opisania swojego stanu. Pozwoliłem sobie na wiele; na
zdecydowanie zbyt dużo i nagle nawet zacząłem żałować, że ten irytujący blondyn
akurat wtedy nie był w pobliżu, żeby ingerować kiedy był jeszcze na to czas.
Poczułem palące spojrzenia na sobie i księżniczce, kiedy
tylko wkroczyliśmy do obozu. Nie patrzyłem jednak na nikogo, skutecznie
ominąłem kontakt wzrokowy z Yöelem i poszedłem prosto do
swojego nietypowego wierzchowca. Chciałem zrównać się z księżniczką, aby dać
jej znać od początku, że teraz jest pod moją opieką, ale wtedy podjechał do
mnie Yöel tak gwałtownie i blisko, że nasze strzemiona obiły się o siebie.
Obrzuciłem go najchłodniejszym spojrzeniem, na jakie było mnie stać.
— Porozmawiamy wieczorem.
Na twarzy miał szeroki uśmiech, a w
oczach czaiło się coś groźnego, co spowodowało nieprzyjemny, zimny dreszcz
biegnący wzdłuż kręgosłupa. Wyminął mnie i zajął czoło pochodu na swoim smukłym,
karym ogierze.
— Masz pilnować księżniczki — dodał, będąc
już właściwie plecami do mnie, ale usłyszałem te słowa. Niestety. Bo gdybym
tego nie zrobił, mógłbym zignorować jego polecenie z czystej niewiedzy, nie
tylko przekory. A tej dużo było we mnie, na tyle, że prawie popędziłem Etariela
aby znów zrównać się z blondynem, nawet jeśli przez ostatnie kilkadziesiąt
minut sam walczyłem z księżniczką o to, czego teraz nie chciałem wykonać.
Mimo wszystko musiałem to zrobić. Taki
był plan, prawda? Zamiast jednak ustawić wierzchowca obok niej w pochodzie,
jechałem na ogonie jej klaczy. W ten sposób mogłem być blisko, widziałem
wszystko co się z nią działo, a nie musiałem jej patrzeć w oczy i – nie dajcie
Istoty Stworzenia – z nią rozmawiać. Ona chyba też szybko zapomniała o moim
istnieniu, więc posuwaliśmy się do przodu całym pochodem znów w nieco lepszym
tempie, w szyku wskazującym już z oddali na najemników. Elfie wojowniczki w
pochodzie mocno się pomalowały na naszą elfią modłę, zaczesały włosy i
wyglądały wreszcie tak, jakimi je znałem, czyli na prawdziwe amazonki. Piękne i
groźne już na pierwszy rzut oka. Schowaliśmy sztandary, usprawniliśmy pochód.
Wszystko szło doskonale, nawet pod wieczór, kiedy już z oddali czuć było woń
pieczeni i światła karczmy stojącej na rozdrożu; wciąż jeszcze poruszaliśmy się
szerokim, często uczęszczanym traktem. Dopiero później przyjdzie nam z niego
zboczyć na leśne, mało wygodne ale bezpieczniejsze w niektórych krainach
dróżki.
Kiedy zbliżyliśmy się do karczmy,
wyprzedziłem dziewczynę i jej beznadziejną straż przyboczną, pogoniłem Etariela
do szybkiego kłusa i dotarłem na czoło, gdzie wciąż znajdował się Yöel. Wciąż
cierpła mi skóra na myśl o rozmowie z nim.
— Zatrzymujemy się w karczmie —
ogłosiłem stanowczo, nawet na niego nie patrząc. Może gdybym usłyszał jak
bardzo chce tego księżniczka, pogoniłbym nas dalej, w bezpieczniejsze miejsce
niż przydrożna karczma, w której nietrudno o awanturę. Póki co na szczęście nie
byliśmy ścigani, poza tym nie słyszałem Saenari, a sam miałem ochotę na zjedzenie
czegoś, co da się przełknąć bez konieczności przepijania za każdym kęsem. —
Najlepiej przekaż to ludziom — dodałem, nie powstrzymując się od bezczelnego
uśmieszku.
Z tymi słowami spiąłem Etariela piętami,
a on puścił się niespiesznym galopem, choć wyraźnie czułem jego niesmak na
takie traktowanie.
‘Nie
być byle koń‘
Na moich wargach pojawił się prawdziwie szczery uśmiech,
który rozjaśnił oczy. Nikt nie mógł tego widzieć, nawet Etariel, który był jego
przyczyną. Smoki porozumiewały się za pomocą myśli, mogły też swobodnie czytać
w myślach istotom myślącym, które nie potrafiły budować odpowiedniego muru
myślowego. W tych czasach niewielu to potrafiło, a jednak wciąż szkoliło się
dowódców wyruszających na wojnę z tą potężną rasą. Na wojnie nie było to
umiejętnością przydatną dla smoków, kiedy miały pod sobą setki tysięcy ludzi z
milionami myśli na minutę; ale było łącznością i komunikacją pośród Jeźdźców.
Podobno. Natomiast Etariel był – mimo całej swojej wspaniałości i niewątpliwej
magii płynącej w jego żyłach – dużo bardziej prymitywny. Formułował myśli i
mógł się porozumiewać z ludźmi, którzy byli wyjątkowo słabi psychicznie lub mu
na to pozwalali. Wciąż jednak niezbyt dobrze władał językiem wspólnym i pewnie
nigdy już się go nie nauczy, nawet jeśli jego uwagi bywały błyskotliwe.
Wstrzymałem go tuż przed wjazdem do oberży, zatańczył
pięknie masywnymi kopytami na piasku i wierzgnął głową. Poklepałem go po szyi
wciąż z tym samym uśmiechem.
— Wciąż o tym zapominam — mruknąłem, w ten sposób jawnie się
z nim drocząc, po czym puściłem wodze i zeskoczyłem z jego grzbietu twardo na
ziemię.
Wyprostowałem się dumnie i przeszedłem podjazdem aż do
wielkich drzwi prowadzących do gospody. Najpierw nasłuchiwałem uważnie przez
kilka chwil, ale nie było słychać niczego nadzwyczajnego. Pijackie śmiechy,
głuche krzyki przy grze w kości, przekleństwa i inne rozmowy. Nic mnie nie
zaniepokoiło, więc otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Załatwiłem nocleg u
karczmarza, który narzekał na brak miejsc i tłok do chwili, w której pokazałem
mu przytroczony do paska mieszek. Ten spowodował błysk w oku, a i miejsce od
razu się jakieś znalazło.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, cały pochód już tam stał. W
gotowości, na koniach, z Etarielem zajmującym się soczyście wyglądającą trawą
nieco z boku. Skinąłem głową. Wystarczyło, elfy zeskoczyły z siodeł jak na
komendę i czuć było ich podekscytowanie jak u ludzkich dzieciaków. Brakowało im
porządnego jadła i mocnego piwa z gęstą pianą, brakowało łóżek. Przez chwilę
nawet pomyślałem, że dobrze się stało iż się tu zatrzymujemy, ale potem
przypomniałem sobie o księżniczce i natychmiast humor jakoś się pogorszył.
Podszedłem do jej konia i bez słowa złapałem jego wodze, żeby mogła zsiąść. Nie
podałem ręki. Patrzyłem tylko na jej twarz, starając się nie zdradzać emocji.
— Pozwól odpocząć swoim ludziom — rzuciłem tylko chłodno,
dając znać że tutaj ja będę się nią zajmował.
Coś się zmieniło między nami po tym żałosnym incydencie,
oboje musieliśmy to czuć. Może po prostu nie musieliśmy już udawać kogoś, kim
nie jesteśmy, oboje, choćby w małym ułamku procenta.
