Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
piątek, 27 kwietnia 2018
3.

Tej nocy Rubinowa księżniczka nie spała dobrze, trapiona myślami o dalekiej i długiej podróży w towarzystwie elfów zadręczała się coraz to nowszymi wyobrażeniami jak ginie gdzieś po drodze napadnięta przez zbójów. Czasem w myślach głupiej dziewuchy pojawiał się obraz jej narzeczonego, którego w prawdzie widziała tylko dwa razy w życiu, ale była święcie przekonana, że przybyłby jej z odsieczą. Leżała więc na plecach w swej komnacie, którą jeszcze kilka dni temu wypełniały śmiechy i radosne paplanie, a dziś była to wyłącznie cisza i ponure myśli. Nagle materac wypełniony najdelikatniejszym pierzem okazał się niezwykle niewygodny, poduszki uwierały ją, a gdy tylko zamykała oczy przed oczami miała smocze jajo. Leżało na poduszkach i piernatach w sali narad, otoczone strażą elfią i ludzką. Uznała to za dziwny wytwór wyobraźni, jej myśli wariowały od czasu dotknięcia smoczego jaja i powoli zaczynała akceptować fakt, że jest kim jest.
Kiedy ujrzała elfie poselstwo przed obliczem ojca do jej umysłu dotarło w końcu, że nie da się tego cofnąć, że jej los jest już przypieczętowany, a ona sama nie ma wyboru jak tylko wyruszyć z elfami. Nie dała się zwieść tym młodym i pięknym twarzom, wiedziała, że są to istoty, które uważają się za lepszych od innych. Jej siostra zwana Diamentową księżniczką odziedziczyła bo swej matce, pierwszej królowej nie tylko niezwykłą urodę, ale również ten paskudny charakter. Mimo to możni i władcy ustawiali się w kolejce, by zdobyć jej względy lub choćby jedno spojrzenie. Ojciec oczywiście wykorzystał ten fakt i wydał ją najlepiej jak tylko się dało, co tylko sprawiło, że siostra chodziła dumna niczym paw. Teraz mieszkała w jednym z sąsiednich królestw jako żona następcy tronu i wiła synów, zapewne z tak paskudnym charakterem jak ona na potęgę. Jej charakter zapewne nie  różnił się wiele od tych, którzy mieli jej pilnować. Nie umknęło jej uwadze to, że nie okazali władcy należnego szacunku i nie skłonili się jak powinni, jej ojciec też zauważył ten fakt, ale nie odezwał się, duma mu nie pozwalała. Ona zaś uczona była, by nie odzywać się nieproszona, więc tylko obserwowała i słuchała. Ciemnowłosy elf, który chyba dowodził całą tą akcją przyglądał się jej przez chwilę, ona zaś nie kryła się z tym i bezczelnie pożerała wzrokiem jego twarz. Czuła mieszankę fascynacji, lęku i odrzucenia na samą myśl, że będzie jej towarzyszyć zgraja nadętych, mających zbyt wielkie mniemanie o sobie istot.
Dręczona udręczona myślami i wizjami niechybnej śmierci w końcu zapadła w sen, niezwykły i dziwny. Z początku znajdowała się w nicości, otaczała ją tylko ciemność, lecz później usłyszała głos. Tubalny i straszny, głos ten wypełniał całą jej głowę.
    - Jesteśmy jednością. Jesteśmy jak początek i koniec, jak życie i śmierć zawsze razem, nierozłączni Saenari. - zdanie to odbijało się echem w jej głowie, rozejrzała się przerażona, lecz nie widziała nikogo.
    –  Kim jesteś? – zapytała przerażona i rozejrzała się, lecz w ciemności nie dostrzegła niczego.
    - Ja jestem tobą, ty jesteś mną. - ponownie usłyszała ten głos, jakby był jej własnymi myślami. Nie wiedzieć czemu zaczęła biec w jednym konkretnym kierunku. Nie widziała niczego, lecz nagle wpadła na coś, była to chyba skała, lecz nietypowa. Gorąca i chropowata, przejechała po niej dłonią i wtedy dostrzegła oczy. Wyglądały tak jakby wypełniał je ogień, a wąskie źrenice skierowały się w jej stronę. Krzyknęła i odsunęła się na kilka kroków wstecz, wtedy smok wypuścił podmuch ognia w jej stronę, a ona poczuła że spada. Kiedy znów otworzyła oczy szybowała w chmurach, lecz jej ciało było zupełnie inne, ciężar ciała był w zupełnie innym miejscu. Szybowanie po niebie było czymś nieopisanym, cudownym i wspaniałym. Wylądowała w końcu przed taflą jeziora i postanowiła się w nim przejrzeć, zrozumiała czemu czuje się tak dziwnie w swoim ciele. Z tafli wody patrzył na nią smok, wielki i potężny, bestia o  jakich mówiły legendy i baśnie.
    - Jesteśmy jednym. - znów usłyszała w głowie ten dźwięk.
Zerwała się z łóżka przerażona, spocona i blada jak ściana, przeraziła jedną ze służek, które krzątały się w jej komnacie.
    –  Nie! Ja nie chce. – zaczęła krzyczeć i majaczeć. Ten dziwny sen przeraził ją i kompletnie zaskoczył. Dziewczęta popatrzyły na nią jak na wariatkę i unikały jej wzroku, działo się tak w sumie od kiedy dowiedziała się, że jest jeźdźcem. Wydawało się jej, że każdy w pałacu patrzy na nią zupełnie inaczej, nawet jej siostry, które miały z nią dobre relacje obecnie przesiadywały z nią mniej i były dziwnie spięte w jej obecności. Spojrzała pod ścianę i dostrzegła tobołki z rzeczami, które wieczorem spakowały jej służące.
    –  Czemu tego jest tak mało? – zapytała wwiercając się stalowymi oczami w pakunki.
    - Pani, król rozkazał nie dawać ci zbyt wiele rzeczy. Ciężko będzie spakować do juk większą ilość strojów księżniczko. - powiedziała ze strachem jedna z kobiet.
     –  Jak to juk? Przecież jadę powozem. Prawda! – jej głos był bezczelny, Rubinowa księżniczka nie była znana z powszechnej łagodności jak jej siostry, kaprysy jej znał cały pałac i często doprowadzała do płaczu swoje dwórki, co niesłychanie ją bawiło.
    – Gdzie mój strój? Chcę mówić z królem. – powiedziała, była zła jak osa, niewyspana, a do tego dowiadywała się, że w tak długą podróż może zabrać jedynie kilka niezbędnych rzeczy i żadnych eleganckich strojów. Przecież jest damą! Księżniczką na bogów! Ona musi wyglądać elegancko. Kiedy dostrzegła co ma założyć dreszcz gniewu przeszedł jej ciało, spódnicospodnie jakie nosiły wojowniczki, albo dzikie kobiety, prosta czerwona tunika ozdobiona jedynie złotymi nićmi z wyszytym herbem królestwa. Choć nie była zadowolona z tego stroju pozwoliła, by dziewczęta ją ubrały, zaraz po tym wyruszyła na poszukiwania ojca.
Stała rozzłoszczona na pałacowym placu w otoczeniu straży i rodziny. Ojciec nie pozwolił na zabranie powozu, argumentował to względami bezpieczeństwa i pozostawał nieugięty na fanaberie córki. Kiedy nadeszła więc pora wyjazdu patrzyła na niego wzrokiem zawistnym, a minę miała skwaszoną. Jej siostry cichutko popłakiwały, matka stała niewzruszona jak na królową przystało, ale dało dostrzec się na jej twarzy pojedyncze łzy. Najmłodsza dwójka z rodzeństwa, Szafirowa księżniczka i ich brat Séafra stali obok matki i nieświadomi wpatrywali się w siostrę, zapewne nie rozumieli czemu dziewczyna opuszcza dom, a nikt nie kwapił się by im to wyjaśnić. Podeszła najpierw do ojca jako znak szacunku, nie mogła od tak pozostać butną i niegrzeczną i ośmieszyć króla w oczach poddanych. Klęknęła na schodach prowadzących do pałacu.
     – Błogosław mnie królu ojcze w podróży mej. Błagam cię o modlitwę do bogów za zdrowie moje i bezpieczną drogę, niech chroni mnie twa troska i prowadzi co celu, bym przyniosła szczęście i chlubę naszemu królestwu. – wypowiadała formułkę coraz to bardziej łamiącym się głosem. Wzięła głęboki oddech i podeszła do matki, przed którą również klęknęła.
    – Pobłogosław mnie o królowo matko, albowiem tylko miłość matczyna jest w stanie uchronić jej dzieci przed zakusami złego. Niech twe serce dobre prowadzi mnie przez losu drogi kręte, a modlitwa do bogini matki wspiera mnie zawsze, gdzie tylko się pojawię. – poczuła dłoń matki wbijającą się w jej ramię. Uniosła delikatnie oczy i ujrzała niesłychane cierpienie płynące z ciemnych oczu, mimo to królowa uśmiechnęła się do niej ciepło i czule, jak tylko matka uśmiechnąć się potrafi. Pożegnanie z rodzeństwem było już dużo mniej oficjalne, najbardziej zaskoczył ją Cedric, który zdobył się nawet na lekki uścisk. Tonir nie zważał na etykiety i zasady panujące na dworze objął ją z całej siły. Ojciec mówił, że brat chciał jechać z nimi, lecz ma zbyt wiele obowiązków w królestwie co za tym idzie nie mogą sobie pozwolić, by wysłać z nią któregoś z braci. Pół krwisty książę był zbyt cenny na tak długą podróż, a jego młodszy brat miał zbyt wiele obowiązków, w dodatku jak sama się domyślała, łatwiej stracić jedną z wielu córek niż któregoś z potencjalnych następców tronu. Siostry żegnały się z nią szlochaniem i uściskami, a najmłodsze z dzieci grzecznie stały przy matce, kiedy zdobyła się na delikatne pogłaskanie tych drobnych głów.  Nigdy nie była szczególnie przywiązana do bliźniąt, były najmłodsze, urodziły się późno i nie spędzały ze starszym rodzeństwem tyle czasu. Właściwie to chyba jedynie spędzały go ze sobą i piastunkami, co skutkowało tym, że nie szczególnie odczuwały brak kogoś z rodzeństwa.
Bracia pomogli jej wsiąść na konia, była uczona jak należy jeździć, ale nigdy nie sadzano jej w męskim siodle, wydawało się jej to barbarzyńskie i tak bardzo nieprzystające kobiecie. Policzki piekły ją od wylanych łez i wstydu, więc skryła lico pod czerwonym kapturem, który Ced narzucił na jej głowę, gdy wsadzał ja na konia. Odwróciła się przez ramię i dostrzegła skrzynie niesioną przez czterech żołnierzy. Wiedziała doskonale co skrywa, nie musiała nawet patrzeć na to, by wiedzieć, że smocze jajo jest gdzieś blisko. Czuła się dziwnie odpowiedzialna za to dziwactwo, choć nie chciała, próbowała przelewać w jego stronę jak najwięcej jadu i zawiści to nie mogła przestać myśleć o zamieszkującym te skorupę pisklęciu. Chciało się jej płakać, ale wylała tyle łez w ciągu kilku ostatnich dni, że nie miała już chyba na to siły, a kiedy kampania składająca się z elfów, ludzkiej księżniczki i jajka smoka ruszyła przed siebie ona wpatrywała się w końską grzywę i tylko raz spojrzała na ojca, który jak na króla przystało zachował kamienny wyraz twarzy.
Zamek oddalał się wraz z każdym krokiem, a ona oglądała się za siebie co chwila, choć chciała dostrzec najwyższe wieże z których zapewne obserwowały ją siostry jej wzrok mimowolnie kierował się na smocze jajo ukryte w skrzyni. Czyli takie było jej przeznaczenie? Zostać smoczą piastunką? Być wyklętą? Czy może stać się legendą? O jeźdźcach nie słyszano od setek, a może nawet i tysiąca lat, byli bajdami dla wiejskich smarkaczy, baśniami które właśnie okazała się prawdziwe.
    – Bądźcie przeklęte wszystkie smoki świata.  – mruknęła cicho do siebie. Nie podobało się jej, że to ona jest jeźdźcem. Powinien to być Tonir, on poradziłby sobie świetnie z tym zadaniem, a ona mogłaby prowadzić spokojne życie w pałacu. Jej szare oczy błądziły po otaczających ją elfach i utkwiły w znanej jej już sylwetce i kruczoczarnych włosach. Parszywe elfy, pewnie w razie zagrożenia uciekną gdzie pieprz rośnie, dobrze że chociaż, że ich twarze nie były szpetne jak u ogrów. Tego by było już zdecydowanie za wiele na jej rozpieszczoną główkę.
------------------------------------------------------------------------------------