Byłem zbyt młody, żeby poczuć falę
Jedności, która wstrząsnęło eterem, ale starszyzna ją poczuła.
Zapanowało ożywienie i poruszenie, którego ciężko było się doszukać w
stagnacji codziennego życia w elfiej stolicy. Coś zaczęło się dziać, a
ja byłem nawet bardziej niż gotowy; całe ciało świerzbiło mnie od
siedzenia na tyłku i wyczekiwania, na tyle, że teraz nie mogłem się już
doczekać wyruszenia w drogę. Do głównego budynku niemal biegłem, choć
krok nawet w pośpiechu miałem dostojny i zwinny, a stąpałem ciszej niż
myśliwy po zamszonych chodnikach i marmurach zdobiących najpiękniejsze z
miast istniejących na tej ziemi, Wieczne Miasto. Dłoń trzymałem na
rękojeści miecza, z przyzwyczajenia, nawet tego nie kontrolując. Straże
przepuściły mnie bez słowa, nie zmuszając nawet do zwolnienia kroku.
Skłoniłem się nisko przed królową, kiedy tylko przekroczyłem próg przestronnego pomieszczenia, jasno oświetlonego wstającym zza horyzontu słońcem. Trwałem jeszcze w ukłonie, kiedy dotarły do mnie słowa wypowiedziane melodyjnym, perlistym głosem:
— Nadszedł czas. — Dwa słowa zawisły złowieszczo w powietrzu, odbijając się lodowatym dreszczem spływającym mi wzdłuż kręgosłupa. Zdałem sobie sprawę, że ekscytuję się niczym ludzki podlotek i ciężko utrzymać mi odpowiedni, neutralny wyraz twarzy. Wyprostowałem się wolno i zwiesiłem ręce wzdłuż ciała, stojąc na nieco szerzej rozstawionych stopach w pozie, która okazywała gotowość i szacunek. — Wzywają wiedzących i wojowników, za trzy wzejścia Księżyca w ludzkiej stolicy Nar. Zbierz podwładnych, których będziesz potrzebował do ochrony księżniczki i spiesz tam, nie spóźnij się. Yöel będzie na ciebie czekał przy Zachodniej Bramie dwa kwadranse przed Załamaniem Słońca. Nie zawiedźcie mnie.
Uniosła dłoń, piękność na tronie błyszcząca własnym światłem jaśniej niż Słońce wlewające się do sali zza jej pleców. Choć urodziwa, patrząc na jej oblicze nie dało się zapomnieć, że jej wspomnienia sięgają nawet czasów, gdy Jedność nie była tylko bajędą dla ludzkich szczeniąt. Pohamowałem uporczywe myśli, pozostawiając tylko te, w których opiewałem jej urodę i mądrość. Nie kwestionowałem tych dwóch cech nawet w swoim umyśle; być może to tylko plotka, że Laithnen Sprawiedliwa umie przejrzeć na wylot słabe umysły, ale w to jedno akurat wątpiłem.
Wycofałem się bez słowa. Królowa nie lubiła, kiedy się je trwoniło, nie czułem nawet potrzeby potwierdzenia czy rzucenia prostego, wojskowego: „Tak jest”.
Wyruszyliśmy z Yöelem dokładnie o ustalonej porze, pół ludzkiej godziny do południa, z niemałym orszakiem, a planowaliśmy iść szybko. Prowadziłem kampanię składającą się z samych elfów na pięknych, smukłych wierzchowcach, sam zaś dosiadałem Etariela, który niósł głowę dumnie i wysoko, eksponując poroże z nieskazitelnie białej kości.
Ludzie byli głupcami. Narwanymi głupcami, a powszechnie wiadomo, że nie ma nic gorszego niż idiota, który nie czeka, aż za czynem pójdzie choć jedna wyposażona w związek przyczynowo-skutkowy myśl. Tutaj, w sali tronowej zamku władców Nar, dużo łatwiej mi było utrzymać nienaganną postawę i nienaruszoną powagę na twarzy, choć myśli nie były zgoła inne niż te, które towarzyszyły mi przy odprawie w moim własnym mieście. Ekscytacja buzowała we mnie wesoło tym uczuciem, które niemal już zapomniałem przez dziesiątki lat. Ostatnio czułem ją na wojnie, w szeregach takich jak ja, młodych, niezrażonych i śmiałych głupców, nie tak wiele różniących się od ich ludzkiego odpowiednika, którym teraz gardziłem.
Słuchałem uważnie, spojrzenie zawiesiwszy na księżniczce, która dostąpiła Jedności. Patrzyłem z cienia, nie udzielając głosu dyskusji; zwiedzenie ludzi w tym temacie pozostawiłem Yöelowi – mówił piękniej i potrafił być przekonywujący, mity podpierając faktami lub przynajmniej czymś, co musiało na fakt brzmieć w uszach młodego króla. Nie trzeba było wiele. Narwani i głupcy, tak jak mówiłem.
Nie mówiłem, ale obserwowałem, nieustannie i czujnie. Głównie kobietę, która dostąpiła zaszczytu tak wysokiego, że nawet mi ciężko było go sobie wyobrazić, a która wyglądała przynajmniej przy tym na mało zadowoloną. Za to jej ojciec niezadowolenie wyrażał otwarcie, powodując we mnie niemal chęć mordu. Chęć ta kiełkowała powoli, a ja pozwoliłem jej wzrastać, oczywiście pod pełną kontrolą i z całą świadomością jej istnienia; miała mi się jeszcze przydać podczas tej podróży. Krzyki i hałas odpłynęły, gdy spojrzeniem wierciłem dziurę w twarzy księżniczki, siedzącej na tyle daleko, że nawet ja nie mogłem dostrzec wszystkich detali jej twarzy. Wiedziałem, że jeszcze będę mógł się jej przyjrzeć i zapewne przyjdzie mi tego żałować; choć nigdy nie czynu, który musiałem popełnić. Wreszcie mój punkt obserwacyjny opuścił towarzystwo, a ja musiałem skupić się na czym innym, choć wciąż milczałem jak zaklęty z nieodgadnioną miną i czujnymi oczyma, które nie wyjawiłyby żadnego sekretu nikomu, kto nie umiał czytać w myślach.
Wreszcie wezwano mnie do króla na prywatną audiencję, choć musiałem czekać prawie do zachodu słońca w komnacie przepełnionej niepotrzebnymi wygodami, którymi ludzie uwielbiali się otaczać. Lubili też mówić podczas spożywania posiłków z cienkiej porcelany sprowadzanej z odległych krain i popijania egzotycznych trunków, że to my jesteśmy pyszną rasą.
Stałem z rękami zaplecionymi z tyłu, bez broni przed potężnymi drzwiami sali tronowej, a za mną kilku moich najbliższych towarzyszy w równym szeregu, o chłodnych obliczach niby wykutych z marmuru.
— Jego Ekscelencja, król Ahen z rodu Alcar, władca królestwa Nar i podlegających mu prawnie lennych ziemi, Jedyny Prawowity Przywódca, przyjmie Drayce’a Aen Saevherne, wysłannika Laithnen Sprawiedliwej — ogłosił pompatycznie herold i drzwi się otworzyły bez ani jednego dźwięku, ponownie ukazując mi wnętrze sali.
Tym razem był tam tylko władca i jego córka. Nie wahałem się; natychmiast ruszyłem przed siebie płynnym, miękkim krokiem po wyściełanej czerwonym dywanem posadzce, który tłumił kroki moje i moich towarzyszy. Stanąłem przed podwyższeniem, cudem powstrzymałem się od oblizania ust na widok twarzy dziewczyny – bo to jeszcze nawet nie była kobieta – kiedy wreszcie mogłem dokładnie i z bliska przyjrzeć się jej rysom. Choć było to ledwo widoczne, zauważyłem lekko przekrwione białka i delikatnie spuchnięte powieki świadczące o tym, że długo płakała. Skinąłem głową w ramach ukłonu przed obliczem króla Nar. Większego ukłonu nie dostanie ode mnie ludzki władyka, marny jak proch, a dumny niczym piękny paw. Ale uśmiechnąłem się lekko tym rodzajem uśmiechu, który był uznawany za przyjazny.
— Do usług Waszej Ekscelencji — powiedziałem cicho, zatrzymując na nim wzrok. — Zostałem przysłany przez Piękną Królową Elfów jako dar ze względu na krew płynącą w żyłach twoich potomków. Zapewniam, że Wasza córka nie otrzyma lepszej ochrony niżeli moja. Swoim życiem przysięgam jej chronić.
Wydawało mi się, że król zaraz westchnie, ale nie wydał żadnego dźwięku. Patrzył na mnie surowo, bez grama emocji, które musiały nim szarpać na myśl o oddaniu swojej latorośli w ręce elfów po to, aby wraz z nimi przemierzyła nie jedno królestwo, ale prawie pół świata.
— Powierzam zatem jej życie w twoje ręce, elfi wojowniku i wierzę, że nie wrócisz tu bez niej. Laithnen Sprawiedliwa może liczyć na mój sojusz w sprawie równie delikatnej, jak obecna sytuacja. — Jego głos był silny jak na władcę przystało i nawet mi zaimponowała jego siła. A może nie obchodził go los jego własnej córki; może chciał tylko korzyści z posiadania smoka w swoich szeregach? — Udaj się wraz z towarzyszami na spoczynek. Jutro o świcie wyruszycie. Wyślę także swoich ludzi.
To postanowienie wzbudziło we mnie wewnętrzny sprzeciw, który zatuszowałem kolejnym uśmiechem.
— Oczywiście.
Skłoniłem się nisko przed królową, kiedy tylko przekroczyłem próg przestronnego pomieszczenia, jasno oświetlonego wstającym zza horyzontu słońcem. Trwałem jeszcze w ukłonie, kiedy dotarły do mnie słowa wypowiedziane melodyjnym, perlistym głosem:
— Nadszedł czas. — Dwa słowa zawisły złowieszczo w powietrzu, odbijając się lodowatym dreszczem spływającym mi wzdłuż kręgosłupa. Zdałem sobie sprawę, że ekscytuję się niczym ludzki podlotek i ciężko utrzymać mi odpowiedni, neutralny wyraz twarzy. Wyprostowałem się wolno i zwiesiłem ręce wzdłuż ciała, stojąc na nieco szerzej rozstawionych stopach w pozie, która okazywała gotowość i szacunek. — Wzywają wiedzących i wojowników, za trzy wzejścia Księżyca w ludzkiej stolicy Nar. Zbierz podwładnych, których będziesz potrzebował do ochrony księżniczki i spiesz tam, nie spóźnij się. Yöel będzie na ciebie czekał przy Zachodniej Bramie dwa kwadranse przed Załamaniem Słońca. Nie zawiedźcie mnie.
Uniosła dłoń, piękność na tronie błyszcząca własnym światłem jaśniej niż Słońce wlewające się do sali zza jej pleców. Choć urodziwa, patrząc na jej oblicze nie dało się zapomnieć, że jej wspomnienia sięgają nawet czasów, gdy Jedność nie była tylko bajędą dla ludzkich szczeniąt. Pohamowałem uporczywe myśli, pozostawiając tylko te, w których opiewałem jej urodę i mądrość. Nie kwestionowałem tych dwóch cech nawet w swoim umyśle; być może to tylko plotka, że Laithnen Sprawiedliwa umie przejrzeć na wylot słabe umysły, ale w to jedno akurat wątpiłem.
Wycofałem się bez słowa. Królowa nie lubiła, kiedy się je trwoniło, nie czułem nawet potrzeby potwierdzenia czy rzucenia prostego, wojskowego: „Tak jest”.
Wyruszyliśmy z Yöelem dokładnie o ustalonej porze, pół ludzkiej godziny do południa, z niemałym orszakiem, a planowaliśmy iść szybko. Prowadziłem kampanię składającą się z samych elfów na pięknych, smukłych wierzchowcach, sam zaś dosiadałem Etariela, który niósł głowę dumnie i wysoko, eksponując poroże z nieskazitelnie białej kości.
Ludzie byli głupcami. Narwanymi głupcami, a powszechnie wiadomo, że nie ma nic gorszego niż idiota, który nie czeka, aż za czynem pójdzie choć jedna wyposażona w związek przyczynowo-skutkowy myśl. Tutaj, w sali tronowej zamku władców Nar, dużo łatwiej mi było utrzymać nienaganną postawę i nienaruszoną powagę na twarzy, choć myśli nie były zgoła inne niż te, które towarzyszyły mi przy odprawie w moim własnym mieście. Ekscytacja buzowała we mnie wesoło tym uczuciem, które niemal już zapomniałem przez dziesiątki lat. Ostatnio czułem ją na wojnie, w szeregach takich jak ja, młodych, niezrażonych i śmiałych głupców, nie tak wiele różniących się od ich ludzkiego odpowiednika, którym teraz gardziłem.
Słuchałem uważnie, spojrzenie zawiesiwszy na księżniczce, która dostąpiła Jedności. Patrzyłem z cienia, nie udzielając głosu dyskusji; zwiedzenie ludzi w tym temacie pozostawiłem Yöelowi – mówił piękniej i potrafił być przekonywujący, mity podpierając faktami lub przynajmniej czymś, co musiało na fakt brzmieć w uszach młodego króla. Nie trzeba było wiele. Narwani i głupcy, tak jak mówiłem.
Nie mówiłem, ale obserwowałem, nieustannie i czujnie. Głównie kobietę, która dostąpiła zaszczytu tak wysokiego, że nawet mi ciężko było go sobie wyobrazić, a która wyglądała przynajmniej przy tym na mało zadowoloną. Za to jej ojciec niezadowolenie wyrażał otwarcie, powodując we mnie niemal chęć mordu. Chęć ta kiełkowała powoli, a ja pozwoliłem jej wzrastać, oczywiście pod pełną kontrolą i z całą świadomością jej istnienia; miała mi się jeszcze przydać podczas tej podróży. Krzyki i hałas odpłynęły, gdy spojrzeniem wierciłem dziurę w twarzy księżniczki, siedzącej na tyle daleko, że nawet ja nie mogłem dostrzec wszystkich detali jej twarzy. Wiedziałem, że jeszcze będę mógł się jej przyjrzeć i zapewne przyjdzie mi tego żałować; choć nigdy nie czynu, który musiałem popełnić. Wreszcie mój punkt obserwacyjny opuścił towarzystwo, a ja musiałem skupić się na czym innym, choć wciąż milczałem jak zaklęty z nieodgadnioną miną i czujnymi oczyma, które nie wyjawiłyby żadnego sekretu nikomu, kto nie umiał czytać w myślach.
Wreszcie wezwano mnie do króla na prywatną audiencję, choć musiałem czekać prawie do zachodu słońca w komnacie przepełnionej niepotrzebnymi wygodami, którymi ludzie uwielbiali się otaczać. Lubili też mówić podczas spożywania posiłków z cienkiej porcelany sprowadzanej z odległych krain i popijania egzotycznych trunków, że to my jesteśmy pyszną rasą.
Stałem z rękami zaplecionymi z tyłu, bez broni przed potężnymi drzwiami sali tronowej, a za mną kilku moich najbliższych towarzyszy w równym szeregu, o chłodnych obliczach niby wykutych z marmuru.
— Jego Ekscelencja, król Ahen z rodu Alcar, władca królestwa Nar i podlegających mu prawnie lennych ziemi, Jedyny Prawowity Przywódca, przyjmie Drayce’a Aen Saevherne, wysłannika Laithnen Sprawiedliwej — ogłosił pompatycznie herold i drzwi się otworzyły bez ani jednego dźwięku, ponownie ukazując mi wnętrze sali.
Tym razem był tam tylko władca i jego córka. Nie wahałem się; natychmiast ruszyłem przed siebie płynnym, miękkim krokiem po wyściełanej czerwonym dywanem posadzce, który tłumił kroki moje i moich towarzyszy. Stanąłem przed podwyższeniem, cudem powstrzymałem się od oblizania ust na widok twarzy dziewczyny – bo to jeszcze nawet nie była kobieta – kiedy wreszcie mogłem dokładnie i z bliska przyjrzeć się jej rysom. Choć było to ledwo widoczne, zauważyłem lekko przekrwione białka i delikatnie spuchnięte powieki świadczące o tym, że długo płakała. Skinąłem głową w ramach ukłonu przed obliczem króla Nar. Większego ukłonu nie dostanie ode mnie ludzki władyka, marny jak proch, a dumny niczym piękny paw. Ale uśmiechnąłem się lekko tym rodzajem uśmiechu, który był uznawany za przyjazny.
— Do usług Waszej Ekscelencji — powiedziałem cicho, zatrzymując na nim wzrok. — Zostałem przysłany przez Piękną Królową Elfów jako dar ze względu na krew płynącą w żyłach twoich potomków. Zapewniam, że Wasza córka nie otrzyma lepszej ochrony niżeli moja. Swoim życiem przysięgam jej chronić.
Wydawało mi się, że król zaraz westchnie, ale nie wydał żadnego dźwięku. Patrzył na mnie surowo, bez grama emocji, które musiały nim szarpać na myśl o oddaniu swojej latorośli w ręce elfów po to, aby wraz z nimi przemierzyła nie jedno królestwo, ale prawie pół świata.
— Powierzam zatem jej życie w twoje ręce, elfi wojowniku i wierzę, że nie wrócisz tu bez niej. Laithnen Sprawiedliwa może liczyć na mój sojusz w sprawie równie delikatnej, jak obecna sytuacja. — Jego głos był silny jak na władcę przystało i nawet mi zaimponowała jego siła. A może nie obchodził go los jego własnej córki; może chciał tylko korzyści z posiadania smoka w swoich szeregach? — Udaj się wraz z towarzyszami na spoczynek. Jutro o świcie wyruszycie. Wyślę także swoich ludzi.
To postanowienie wzbudziło we mnie wewnętrzny sprzeciw, który zatuszowałem kolejnym uśmiechem.
— Oczywiście.
