Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
piątek, 27 kwietnia 2018
4.

         Zdążyła już zapaść noc, gdy po dłuższej konwersacji w cztery oczy z królem – kiedy już ludzkie dziecko nie mogło przeszkadzać dwóm mężczyznom dobijającym interesu, a rozmowa mogła się toczyć nie tylko swobodniej, ale też bardziej przedmiotowo, bez zbędnych emocji – wyszedłem spokojnym, dostojnym krokiem. Trójka elfów czekających przez te kilkadziesiąt minut za drzwiami teraz ruszyła za mną, w odległości dwóch kroków, więc kiedy za kolejnym zakrętem porzuciłem elegancki, powolny i zwiewny chód tak typowy dla naszej rasy, usłyszałem ciche westchnienia, które mówiły więcej niż każdy krzyk oburzenia. „Jesteśmy na obcym terenie”, mówiły. „Chociaż tutaj mógłbyś udawać, że jesteś godzien zaszczytu, którego dostąpiłeś.”
        Choć doskonale znałem interpretację, nie zareagowałem na ten wysublimowany gest niesubordynacji; nie mogłem wyciągać pochopnych wniosków i jeszcze bardziej zniechęcić do siebie swoich pobratymców. Mimo że nie cierpiałem udawać, przyrzekłem sobie, że od tej pory będę się lepiej przy nich pilnował. Kiedyś od ich lojalności może zależeć moje życie – o ile sam wcześniej im go nie odbiorę, rzecz jasna.
        — Odejdźcie do swoich komnat. Przekażcie reszcie kompanii z naszej strony te informacje, które są ogólnodostępne. Sam spotkam się z Yöelem — rzuciłem rozkaz przez ramię, na moment oglądając się do tyłu.
        Miny mieli zdegustowane w ten uroczy sposób, w który tylko elfy potrafią; wszakże piękne okazywanie negatywnych emocji to coś, co doprowadziliśmy do perfekcji. Nawet jeśli gardzili mną w tej chwili za szybki krok i ewidentną porywczość, kiedy rzuciłem się przed siebie niemal biegiem pustym korytarzem, usłuchali. Zatrzymali się, odprowadzili mnie spojrzeniami aż zniknąłem za kolejnym węgłem. Byłem pewien, że wykonają polecenie. Jeszcze. A co później, cóż, będę się martwił później. I tak wybrałem do swojej części kompanii tylko tych, którzy byli przychylni dla mnie i mojej historii, dla wszystkiego, co tak odrzucało ode mnie znaczną część elfiej rasy. Pozostawała oczywiście jeszcze druga i trzecia część; ludzie Yöela i króla, ale tamtym nie zamierzałem ufać w najmniejszym nawet procencie. Nie wiedzieli – z resztą poza mną wiedziało tylko tylu, że dało się policzyć na palcach jednej ręki – jaki jest prawdziwy cel wyprawy i jaki dar naprawdę królowa zgotowała naszym ludzkim sojusznikom.
        A co do samego Yöela... W tej właśnie chwili stanąłem przed drzwiami do jego komnaty, ale nie zdążyłem nawet unieść ręki w celu zapukania, a drzwi już stanęły przede mną otworem. Nietknięte fizyczną dłonią, bowiem jasnowłosy, urodziwy elf znajdujący się w środku pochylał się właśnie nad jakimś potężnym tomiszczem, a włosy opadały mu na twarz. Nie spojrzał w moją stronę, oczywiście że nie. Uwielbiał być cholernie ostentacyjny.
        — Drayce. Wejdź, proszę — rzekł gładko i choć niemal szeptem, słyszałem go doskonale.
        Przekroczyłem próg i odkryłem z resztą nie pierwszy raz, że w towarzystwie tego elfa ciężej mi nad sobą panować. Różnica między nami polegała na tym, że ja nawet nie udawałem, że go lubię, a jego obecność jest mi na rękę. Niechęć jednak była mocno obustronna.
        — Jutro rano — rzuciłem lakonicznie, stając przy regale i wzrokiem przebiegając po tekstach opraw. — Przebieg trasy zaledwie odrobinę zmieniony, większość przebiega zgodnie z planem wytyczonym przez naszych uczonych. Widzę, że król bardzo ci ufa i wolałbym nie dociekać, dlaczego.
        — To prawda. Wolałbyś nie — w głosie Yöela zabrzmiała nuta, której dawno już nie słyszałem. Zaskoczony, podniosłem na niego wzrok, ale, choć wreszcie patrzył prosto na mnie, na jego twarzy nie było już nic poza spokojną radością i opanowaniem. Może w ogóle nic się na niej nie pojawiło. Yöel zawsze wyglądał na dobrodusznego, miłego elfa i naprawdę umiał wcielić się w tą rolę; czasem na tyle, że sam zapominałem jaki jest naprawdę.
        — Dostaliśmy dodatkową ludzką eskortę — wypaliłem, już wytrącony z równowagi. Jeśli chciałem, żeby to wywołało w nim negatywną emocję, bardzo się myliłem. Uśmiechnął się lekko.
        — Oczywiście.
        Zrozumiałem, że zabawił się mną dokładnie tak, jak ja przed chwilą królem. Nie mogłem wiedzieć w co grał, ale pewnym było, że raport jest niepotrzebny; Yöel już doskonale wiedział, o czym mówiłem z królem, choć podobno rozmawialiśmy na osobności i prywatnie.

        Następnego dnia o świcie na placu wszyscy byliśmy w szyku, nieruchomi jak posągi. Czekaliśmy, aż zbierze się rodzina królewska, w tym sama księżniczka wybrana do Jedności i to, czego widoku pragnąłem najbardziej na świecie; smocze jajo. Było zamknięte w zdobionej skrzyni, tak biednej mimo swojej wykwintności w porównaniu z tym, co czaiło się w środku. Jaka moc tam się kotłowała, choć smok wciąż był jeszcze tylko zamkniętym w skorupce pisklęciem – można by rzec, bezbronnym. Skrzynka była pokaźnych rozmiarów i wykrojona na miarę tak, aby trzymała się wierzchowca, który miał przewozić smoka, choć niewyklutego, już ważącego tyle, co dojrzały, rosły mężczyzna.
        Całą otoczką uroczystości wytworzoną przez ludzi mało się przejąłem. Oni musieli się żegnać, bo ich życia były tak ulotne i krótkie, że, nawet jeśli nie moje plany, księżniczka prawdopodobnie i tak nigdy by już nie zobaczyła rodziny. W perspektywie naszego życia, ich było zaledwie mgnieniem oka, czasem, jaki potrzebował liść w jesienny dzień, aby z korony drzewa opaść na poszycie lasu wraz z tysiącem innych, poskręcanych i suchych. Jedyne, na co zwróciłem szczególną uwagę, to fakt iż król zastosował się do moich wczorajszych porad i wysłał księżniczkę w czymś, w czym dało się jeździć, bez tych zbędnych falban i koronek, które nie przystoją przyszłej wojowniczce. Oraz to, że dostała wierzchowca. Co prawda nie mógł się równać naszym koniom, ale i tak był niezły, choć zaraz po wyjeździe poza obręb miasta każę go zmienić. Tak ważna osoba potrzebowała lepszego środka transportu; konia, który nie padnie po wyczerpującym galopie i który potrafi wyrwać do przodu, jeśli zajdzie taka potrzeba.
        Wszyscy skłoniliśmy głowy w geście pożegnania rodziny królewskiej i chwilę później wsiedliśmy na swoje konie, a ja na Etariela wzbudzającego słuszne uznanie oraz niesłuszny strach wśród ludzkiej rasy. Nie ujechaliśmy więcej niż kilkanaście mil, kiedy gestem kazałem powstrzymać pochód. Elfy wstrzymały więc swoje konie, a wtedy zawróciłem potężne cielsko jelenia i zatrzymałem spojrzenie prosto na twarzy księżniczki.
        — Quinn, Aelirenn — powiedziałem sucho, nie przenosząc na nich wzroku nawet na sekundę. — Dajcie księżniczce naszego najlepszego ogiera. Macie pilnować, żeby zawsze był napojony i nakarmiony jako pierwszy, a na noc okryty derką. Zawsze też będzie przywiązany w ten sposób, żeby dało się go dosiąść jako pierwszego. Mam nadzieję, że radzisz sobie z narowistymi? — ostatnie pytanie skierowałem prosto do dziewczyny, a głos miałem oschły. Nie przyjmowałem odmowy, nawet jeśli dziewczyna w tym momencie wyglądała naprawdę mizernie, a w jej oczach czaiło się coś, czego nienawidziłem u rasy tak płochej jak ludzie – czyli bunt.
        Aelirenn, wysoka, smukła elfka w męskim stroju jeździeckim i z zaplecionymi w długi warkocz brązowymi włosami za ten czas zdążyła już podprowadzić siwą jabłkowitą klacz ganaszującą silnie szyję i boczącą się nieco na takie niespodziewane zmiany. Elfka spojrzała swoimi wielkimi, sarnimi oczami na księżniczkę niemal pytająco, po czym wyciągnęła w jej stronę dłoń. Wyglądało na uprzejmy gest, a jakie było w rzeczywistości, sam nie wiedziałem.
------------------------------------------------------------------------------------