5.

Wędrowali już dłuższą chwilę, mijali mury miasta i leżące pod nimi wsie. Saenari oglądała pracujących w polu ludzi, którzy z ciekawością przyglądali się konduktowi elfów. Jej spojrzenie co rusz uciekało się do rozbawionych dzieci, czy umorusanych w błocie kobiet. Zazwyczaj, gdy udawali się w podróż siedziała w powozie i nie wychylała nawet czubka nosa, nie obchodził ją plebs tak samo jak elfów nie obchodziło nic innego niż czubek własnego nosa. Teraz obserwowała z zainteresowaniem te codzienne prace. Wszystko było lepsze niż nuda, znała już dobrze plecy czarnowłosego elfa, policzyła zmarszczki na twarzy ludzkiego gwardzisty, którego wysłał z nią ojciec. Było ich kilku, niewielu ludzi wśród elfów. Byli niżsi, masywniejsi, przy mitycznej rasie wyglądali wręcz niezgrabnie i poruszali się jak kaczki. Gdyby nie jej zbyt wysokie mniemanie o sobie pewnie sama nabrałaby kompleksów przy elfich gwardzistkach, które również znajdowały się przy straży przybocznej. Piękne i smukłe o skórach nieskazitelnych, rysach gładkich i licach tak urodziwych, że nawet jeśli wśród elfów były one istotami których wyglądu nie opiewały sonety, tak u ludzi uchodziły za piękniejsze od wszelkich księżniczek.
W końcu wjechali do lasu, a tak dowódca całej tej kampanii odwrócił się do niej z wzrokiem pogardliwym i głosem chłodnym. Nie wzbudzał jej sympatii, pogarda biła od niego na setki kilometrów, a ona jako księżniczka przyzwyczajona była do szacunku. Nawet jeśli był on udawany i wymuszony, wolałaby traktowano ją jak należy. Kiedy zaś usłyszała o zmianie wierzchowca jej oczy wypełniła wściekłość. Jak on śmiał? Butność rozbudziła się w niej, ale nie mogła zapomnieć o dobrym wychowaniu, nie wolno jej przynieść wstydu królestwu i tego musiała się trzymać. Uniosła głowę i nie miała zamiaru złamać się pod naporem elfiego wzroku. Wyprostowała się dumnie i zrzuciła z głowy kaptur ukazując elegancko spięte włosy, ozdobione prostym diademem w którym osadzony był pojedynczy, mały rubin. Jej stalowe oczy skierowały się wprost na elfkę która wyciągnęła do niej swą dłoń.
– Rada jestem panie, że troska twa jest wielka, lecz niestety odmówię. Nie jestem doświadczonym jeźdźcem jak ty i twa kompania, jeśli pozwolisz wolałabym nie zmieniać w tej chwili mego wierzchowca. – odrzekła tak dyplomatycznym tonem jaki tylko mogła z siebie wykrzesać. Nie dało to jednak zbyt wiele, wzrok czarnowłosego był nieprzebłagalny i najwyraźniej nie przyjmował on odmowy.
– Dobrze więc, niech będzie. Dziękuję za twą troskę wojowniku.– jej głos przepełniała duma i chłód. Nie miała zamiaru dawać mu jakiejkolwiek podstawy do tego, żeby uważał, że jest choć trochę wdzięczna. Spojrzała więc na elfią piękność i ułożyła swoją dłoń na jej dłoni. Nagle podszedł jeden z ludzkich rycerzy, przeprosił brązowowłosą istotę skinieniem głowy i pomógł zejść księżniczce z konia obejmując dłońmi jej talię. Zsadził ją z niego praktycznie tylko swą siłą, niekoniecznie musiała nawet się poruszać. Czuła się w dłoniach mężczyzny niczym szmaciana lalka. Stojąc bezpiecznie na ziemi obserwowała jak jej druga z elfek zabiera jej piękną klaczkę i podstawiają drugiego konia. Widać ten akt łaski nie spodobał się reszcie ludzkiej kompanii. Czyżby elfy znów chciały się popisać, pokazując im, że niby są o wiele lepsi od ludzi. Ponownie poczuła jak rycerz obejmuje jej talie i unosi ją wysoko w górę. Tym razem musiała mu nieco pomóc, zwierze to było wyższe przez co sprawiało wrażenie potężniejszego i przerażało ją to. Zwierze choć niebywale piękne było faktycznie bardzo narowiste i niespokojne, klacz chyba świetnie wyczuwała stan jeźdźca co nie było dobrym znakiem dla Rubinowej dziedziczki. Klacz wydawałoby się nie chciała być dosiadana przez księżniczkę, pyszna niczym elfy pogardziła niedoświadczoną panną. Przerażenie w oczach młodej panienki dostrzegł wojownik, który pomógł jej usiąść w siodle, posłał jej uspokajające spojrzenie za które była mu niezwykle wdzięczna. Starała się jednak nie okazywać strachu i nie dać temu pyszałkowi jakiejkolwiek satysfakcji płynącej z zaspokojenia elfiej pychy.
Ruszyli ponownie w drogę, las stawał się coraz gęściejszy, słońce słabiej przedzierało się przez gęste korony drzew. Słychać było okoliczne ptactwo, powarkiwania zwierząt, nieznane dla uszu księżniczki szelesty pobudziły ją niesamowicie. Nie znała dźwięku dzikich lasów, pełnych niebezpieczeństw i dzikich stworzeń. Jej bracia w towarzystwie ojca bardzo często wybierali się na polowania i wracali czasem wieczorem, czasem po dniu może dwóch, kiedy to matka odchodziła od zmysłów. Zdarzało się jej wznosić modlitwy do Najwyższych, wyklinać ojca, Cedrica i Tonira, a kiedy wracali witała ich z należytym szacunkiem i miłością. Później odprawiali ucztę, na których przechwalali się jeden przez drugiego, który nie upolował większej zwierzyny, a matka wychwalała ich pod niebiosa. Saenari podziwiała za to swą rodzicielkę. Potrafiła kochać dzieci, których nie powiła jak swoje własne, piastowała troje najstarszych dzieci męża niczym rodzona matka, a nie macocha połączona z nimi więzami małżeńskimi z ich ojcem. Czasem zdawało się jej, że właśnie dla pół elfa jest bardziej pobłażliwa niż dla własnego syna. Ciągle miała jakieś uwagi co do drugiego księcia od swych córek wymagała niekiedy więcej od ojca. Mimo to jednocześnie motywowała do działania.
Nie wiedziała ile już jadą, ale plecy bolały ją niemiłosiernie, ręce ścierpły, a koń ciągle chłostał ogonem, jakby chciał dać znać, że ludzka dziewczyna jest beznadziejnym jeźdźcem. Sama zainteresowana również miała dość jazdy. Jej ciało było nieprzyzwyczajone do wysiłku, dlatego nagle ciągnęła wodze.
– Czy zatrzymamy się na jakiś postój? – powiedziała chłodno wpatrując się w plecy dowódcy. Była zmęczona, znudzona i zaczynała robić się głodna. W pałacu zapewne było już dawno po porze obiadowej, a ona raczyła wyruszyć w tą paskudną drogę bez obiadu. Być może postój w środku lasu nie był zbyt dobrym pomysłem, mimo to dziewczyna nie chciała dać za wygraną. Ściągnęła wodzę zmuszając konia by się zatrzymał, zwierze przyjęło ten sygnał z niezadowoleniem i smagnęło ją po plecach ogonem. Księżniczka zasyczała i złorzeczyła w myślach na to przeklęte zwierzę. Powinni dać jej powóz, a nie kazać wozić się niczym wojowniczce, którą nie była i być nie zamierzała.
– Proszę o postój. – ton miała stanowczy. Spojrzenie skierowała teraz na jednego z rycerzy, ten spojrzał niepewnie na czarnowłosego elfa. Jeszcze czego! Żeby ludzie jej ojca przejmowali się rozkazami obcego elfa! Chrząknęła dość głośno zwracając na siebie uwagę mężczyzny. Ten podszedł do niej i zsadził ją z narowistej bestii. Bolało ją całe ciało, plecy, nogi, a najbardziej chyba królewskie siedzisko, przysiadła na jednym z konarów złamanego drzewa i wdzięczna odebrała bukłak z wodą od jednego ze strażników.
– Czy zatrzymamy się w jakimś przybytku na noc? Chyba nie będziemy spać pod namiotami prawda? – zapytała wpatrując się w Drayce'a. Była szczerze zniesmaczona wizją spania pod namiotem, małym, ciasnym i zapewne bardzo niewygodnym. W dodatku chyba tylko ktoś niezwykle nietaktowny kazałby spać księżniczce na ziemi. Rycerze mogli sobie spać na cienkich matach w otoczeniu robactwa, ale nie ona.
– Raczcie mi powiedzieć jak długa ma być ta podróż, zdążymy wrócić na ślub mojego brata? – zapytała nagle wpatrując się w dowódcę.
------------------------------------------------------------------------------------