Na jej odpowiedź – chociaż nigdy nie zadałem pytania ani tym bardziej nie dałem jej możliwości wyboru w tym względzie – tylko mocniej zacisnąłem usta, aż stworzyły cienką kreskę. Poza tym grymasem twarz miałem spokojną, choć wewnątrz rodziło się coś, czego dawno już nie czułem, a przynajmniej nie w ten prymitywny, ludzki sposób; złość. Czy wystarczyła godzina w towarzystwie plugawych ludzi, żebym przejął od nich te żenujące zachowania, tą bezmyślną gwałtowność? Oczyściłem umysł, w jednej chwili pozbyłem się balastu emocjonalnego w tak wyćwiczony sposób, jakbym zrzucał końskie juki. Nie dałem niczego po sobie poznać nie przez wzgląd na jakiś szacunek dla ludzi i księżniczki, ale dlatego, że czułem na sobie czujne spojrzenie Yöela, który zamykał pochód – ustawieni byliśmy tak, żeby być jak najdalej od siebie. Nawet względy bezpieczeństwa jaja i tej dziewuchy nie były tak ważne, jak brak kontaktu między nami.
Zajęło to trochę, aż księżniczka wreszcie zrozumiała, że nie jest to kwestia jej wyboru. Na jej podziękowanie skinąłem tylko głową, sztywno, żołniersko, odpowiadając na jej bunt i dumę chłodem i spokojem. Po manewrach wreszcie mogliśmy ruszyć w dalszą drogę, niemal niezakłócaną ludzką obecnością. Jechałem pierwszy i musiałem pozostać czujny, nawet jeśli wciąż poruszaliśmy się po królewskich lasach i ziemi należącej do księżniczki, nawet jeśli przysługiwał nam z tego tytułu immunitet. Wiedziałem, że ten odcinek drogi jest niczym spacer po łące, kiedy w perspektywie czeka cię jeszcze droga boso po rozżarzonych węglach, ale wolałem zachować czujność na wypadek ewentualnych grasantów. Jakimś dyshonorem byłoby, gdybym pozwolił komuś napaść na mój bezcenny konwój jeszcze na królewskiej ziemi. Poza tym jajo było cenne. Choć w królestwie garstka osób wiedziała o czasie podróży, a o trasie praktycznie sam tylko król, wolałem nie ryzykować.
Dlatego posyłałem naprzód ludzi. Oddalali się, sprawdzali i dawali sygnały zwrotne, co jakiś czas wracając do pochodu.
Kiedy dotarło do mnie pierwsze pytanie, zignorowałem je i udałem, że nic nie słyszałem. Choć drgnąłem lekko w siodle, nie odwróciłem się do księżniczki nawet o cal. Minęło zaledwie kilka godzin, w tym tempie nie przejechaliśmy nawet jednej trzeciej planowanej na dzisiaj trasy, a ona już chce się zatrzymywać? O nie. Nie będę się słuchał rozpieszczonego bachora, który nie potrafi docenić zaszczytu, jakiego dostąpił poprzez Wybór najpotężniejszej, mitycznej rasy z tych, które jeszcze chodzą po naszej ziemi i zajmują nasze przestworza.
Gdy usłyszałem z tyłu harmider i ponowiono to jedno słowo „postój”, przewróciłem oczami, korzystając z okazji, że nikt tego nie widzi; wszystkie pary oczu mogły być teraz wbite w moje plecy, które na szczęście jeszcze nie umieją okazać, jak bardzo gardziłem w tym momencie tym cholernym królestwem i ludzką rasą, a już w szczególności Rubinową księżniczką Saenari. Wreszcie się odwróciłem, a ta ludzka bestia już była na ziemi! Myślę, że najbliższe mi elfy usłyszały zgrzyt zębów, kiedy ścisnąłem mocno szczęki. Jeszcze się hamowałem. Wiedziałem, że w końcu przestanę, ale wybuch nigdy nie nastąpi w obecności moich podwładnych i tego przeklętego wiedzącego, który w tym momencie uśmiechał się pobłażliwie pod nosem jak skończony kretyn.
Ponownie zawróciłem Etariela, który zirytowany za takie zachowanie szarpnął buntowniczo głową, a w tym wodzami trzymanymi przeze mnie w dłoniach. Ściągnąłem je, dając znać towarzyszowi, że jeszcze nie pora na awantury. Jeszcze jest możliwa dyplomacja; w końcu nadzieja umiera ostatnia.
— Księżniczko Saenari — zwróciłem się do kobiety, ale nie zszedłem z siodła i teraz patrzyłem na nią z wysokości potęgowanej wielkością jelenia. — Może od razu wywiesimy szyld, że wieziemy najcenniejszy możliwy do zrabowania ładunek? — zapytałem uprzejmie, wlewając łyżeczkę dziegciu do beczki miodu, jakim był w tym momencie również mój nikły uśmiech. — Ułatwimy zbirom zadanie. A jeśli nie, obawiam się, że zostają nam namioty wojskowe. Wszystkie wygody utrudniają podróż i możliwość ucieczki w razie ewentualnego wypadku. Tak więc wygody mogą cię kosztować życie... Wasza Wysokość — ostatnie rzuciłem czysto ironicznie, wciąż patrząc na nią z góry.
Elfy, które puściły swoje wierzchowce na krótki popas i teraz stały nieco dalej, ale wciąż w odległości zasięgu głosu, nerwowo przestąpiły z nogi na nogę i skrzętnie skryły uśmiechy. Nie mogłem się już w tej chwili zdecydować, czy bardziej gardzą mną, czy może księżniczką wybraną do zaszczytu, o którym marzył od setek lat każdy z nas; o którym śniło każde bez wyjątku elfie dziecko.
Kolejne pytanie było tak głupie, że nie mogłem sobie darować odpowiedzi.
— Wrócić? — udałem zaskoczenie. — A co chciałaby księżniczka zrobić ze smokiem, kiedy już się wykluje? Chyba go księżniczka nie weźmie na ślub brata. Nie, proszę wybaczyć moją bezczelność, ale czy nikt księżniczce nie wyjaśnił, jak długi trening trzeba będzie przejść po zawiązaniu Jedności w wulkanicznym ogniu?
Grałem odrobinę na krawędzi. Zrozumiałem to w chwili, kiedy poczułem na sobie już nie taki zadowolony wzrok Yöela. Pojawił się obok nas w tej chwili; zszedł z wierzchowca i podszedł wolno na własnych nogach, choć kiedy się poruszał, wyglądał jakby w ogóle nie dotykał ziemi. Mistyczny, zwinny i piękny, w jego oczach czaiła się tajemnica, a na twarzy malował ten sam uśmiech, w którym zakochało się dziesiątki elfek przez całej jego długie życie.
— Witaj, Ruby’Dhoine — powiedział miękko z jednoczesnym ukłonem w stronę dziewczyny siedzącej na zwalonym pniu drzewa. — Doskonała chwila na postój... Jeszcze nie miałem okazji się przedstawić. Nazywam się Yöel, jestem uczonym i wiedzącym, do twoich usług. W każdym momencie będę służył ci z przyjemnością i pełnym oddaniem, choć nie mieczem, ale szeroką wiedzą i mądrością gromadzoną przez lata — mówił wolno, jakby zastanawiał się nad każdym słowem, znów irytująco ostentacyjnie. — Racz nie brać żartów naszego dowódcy na poważnie. Złości się, że inni potrzebują przerwy, kiedy on urodził się w siodle i niemal na pewno w nim śpi.
Czy mi się tylko wydawało, czy mrugnął do niej porozumiewawczo? Tego już za wiele. Cholerny Yöel. Cholerny. Prychnąłem pod nosem, ale nie opuściłem towarzystwa, choć bardzo mnie ku temu korciło.
