Elfy były dość specyficznymi istotami, podobno ich kontakt z naturą był dużo większy niż jakichkolwiek innych ras poznanych. Wydawali się również przyjaźni i delikatni w swych charakterach, jednak było zgoła zupełnie inaczej. Saenari wiedziała doskonale, że są oni rasą pyszniącą się swym pochodzeniem, wystarczyło być elfem, by czuć się lepszym od innych i wzgardzić nimi. Właśnie tą pogardę widziała w oczach ciemnowłosego, wwiercało się w nią spojrzenie złotych oczu w których wydawało by się czaiła się złość. Nawet to uczucie nie jest obce rasie wyższej? Dziewczyna obserwowała jak pochód dzieli się na dwie części. Ludzi i elfy, które chyba podświadomie stanęły po dwóch stronach niedalekiej polany. Dwie rasy, które muszą żyć obok siebie, ale nie potrafią ze sobą. Rzucali sobie pogardliwe spojrzenia i plotkowali między sobą obrażając zapewne jedni drugich. Kiedy Saevherne podjechał w jej stronę na swym przedziwnym wierzchowcu musiała zadzierać głowę naprawdę wysoko, obserwowała go z dołu. Czuła się zupełnie jak małe karcone dziecko, przywoływały to wspomnienia, gdy była dzieckiem i razem z siostrami stawała przed ojcem by chwalić się postępami w nauce. Lotris nauka zawsze przychodziła z łatwością, ona i Yassin zawsze miały większe problemy. Ojciec wtedy karcił je potrząsając palcem i pakował do głowy moralne przypowiastki o tym, że panna wina jest wiedzę zdobywać, by nie splamić honoru domu z którego się wywodzi. Król był niewzruszony w tej kwestii i każdą najmniejszą pomyłkę potrafił skarcić, najgorszym uczuciem było niezadowolenie kryjące się w stalowych oczach. Nic tak nie bolało jak brak zadowolenia, żaden krzyk i żadne słowo nie raniło mocniej. Jeśli jednak chodziło o spojrzenie obcego elfa Saenari była zbyt dumna, by przejąć się choć trochę, słowa jego sprawiły że na ciemnych policzkach wykwitły jak młode pączki kwiatów dwa rumieńce. Nie chodziło tu jednak o zawstydzenie, nie to osiągnął ten parszywy stwór, stal spojrzenia przeszył gniew. Jak on śmiał? Jak śmiał odzywać się w taki sposób do księżniczki? Dłonie trzymała do tej pory elegancko i luźno splecione na kolanach. Po wzgardliwych słowach dowódcy zacisnęły się tak mocno, że palce aż zbielały od ucisku, twarz jednak pozostała niezmienna w swym wyrazie.
– Napaść? Chyba panie żartujecie. Nie po to ojciec posłał was szanowny wojowniku, by byle kmiotki ukradły skarb tak cenny jak jako smoka. – odparła starając nie dać po sobie znać, że bardzo niekorzystnie czuła się w tej pozycji. Mała nic nie znacząca pchła, nad którą ma górować elf niewiadomej klasy społecznej?
Jak to nie może wrócić? Jej źrenice powiększyły się do rozmiaru spodków. Nikt jej nic nie mówił. Każdy twierdził tylko, że ma wykluć smoka, że to jej jedyne zadanie. Gada miał przejąć pierwszy książę, tresować go, zajmować się nim i dosiadać go w trakcie walk, nie ona! Jej zadaniem było tylko wykluć tego potwora! Czy okłamali ją jej bliscy czy teraz ten mężczyzna? Ona jest damą, kobietą, księżniczką nie może brać udziału w wojnach, jej zadaniem jest bycie godna towarzyszką dla swego męża, podporą dla przyszłego władcy. Nie dla niej walka, nie dla niej oglądanie śmierci i pobojowiska. Czemu więc miałaby trenować smocze pisklę? Jej zadaniem jest tylko i wyłącznie wykluć potwora i dostarczyć go ponownie do królestwa co i tak było zbyt dużym ryzykiem dla panny. Wstała nagle i nadal patrząc z dołu na wojownika zacisnęła wargi tak mocno, że jasno różowy kolor ustąpił miejsca bieli. Wiedziała, że nie polubi tego mężczyzny, miał się za lepszego, nie okazywał szacunku jaki był jej należny i do tego traktował ją jak głupią małą dziewczynkę.
– Jak to trenować? – zapytała i znów usiadła na pniu wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w trawę. Ona nie będzie poświęcać tej bestii więcej czasu niż trzeba. Spojrzała spanikowana na zdobną skrzynię w której skrywała się tajemnica jej przyszłości, smok, który zniszczył jej życie. Gdyby mogła podniosłaby to jajo i zrzuciła je z najwyższej skarpy, zniszczyła, pozbyła się go. Do tej pory nie mogła sobie przypomnieć jakim cudem uniosła to wielkie jajo, ważyło więcej niż niejeden mężczyzna, a ona tak z łatwością trzymała je na kolanach. Mimo wszystko coś w jej głowie szeptało, że nie może tego zrobić, że nie dałaby rady skrzywdzić pisklaka otoczonego bezpieczną i twardą skorupą. Jej rozmyślania przerwał kolejny głos.
Jasnowłosy, dostojny elf o spojrzeniu znacznie przyjaźniejszym niż u jego czarnowłosego kompana. Zbliżał się do niej z uśmiechem tak czarującym, że głupie dziewczę od razu porzuciło swe rozmyślania i topiło się w blasku tego uśmiechu. Elfom nie można było odmówić uroku, odruchowo wyprostowała plecy i uśmiechnęła się delikatnie. Wstała z pnia z pełną gracją jakiej uczono jej od dziecka i skłoniła się delikatnie.
- Me serce raduje się wiedząc, że nie tylko siła mieczy jest do mej dyspozycji, ale i wiedza od tysięcy lat przekazywana przez wiedzących. – odparła grzecznie.
– Nie należy się temu dziwić panie. Każdy ma swą życia drogę przez Najwyższych wskazaną. Jednym darowana jest wiedza i talenty, innym siodło, miecz i posługa w szeregach. – stalowe oczy spojrzały ze złośliwym przytykiem na wojownika i stłumiła uśmiech kierowany w stronę Yöel'a.
– Raczcie wybaczyć dowódco, niestety jako panna nie nawykłam do podróży w siodle, nie jestem tak silna jak wy by dzień spędzić w siodle i nie odczuć tego skutków. – powiedziała, chwyciła poły spodni wyglądających jak spódnica i skłoniła się lekko.
– Pozwolisz więc dowódco, że nie będę zanudzać cię tematami, które zaiste pewnie nie interesują wojownika.
Oddaliła się od mężczyzn na pewną odległość, a jej wzrok mimowolnie uciekał do skarbu który wieźli ze sobą. Nie rozumiała tego, ale czuła, że musi być blisko tego jaja, że w jakiś dziwny sposób jej umysł wymaga by je chroniła. Stojąc przed skrzynią mimowolnie wyciągnęła dłoń i przejechała palcami po zdobnej skrzyni. Przymknęła oczy i ujrzała fragment swojego snu, ogniste smocze oczy. Gdy zastanowiła się dłużej nie przyglądały się jej z furią i gniewem, nie tak jak głosiły podania, że smoki szukają tylko zagłady ras, które uważają za niższe. Nie czuła tego, że smok chce ją skrzywdzić, wręcz przeciwnie w tych oczach czaiło się coś zgoła innego. Szacunek, wielka mądrość i chyba troska.
- Dostąpiłaś wielkiego zaszczytu. Zostałaś wybrana. - usłyszała za sobą spokojny głos i odwróciła się zaskoczona. Ujrzała jasnowłosego elfa, splotła dłonie przed sobą i opuściła speszona oczy.
– Nie sądzę, by dla niewiasty był to zaszczyt panie. Zaszczytem dla wszystkich byłoby gdyby doświadczył tego któryś z mych braci. Oni mają waleczne serca i charaktery godne jeźdźców. – odpowiedziała siląc się na skromność. Czuła, że jej ego zostało mile podłechtane, jasnowłosy od razu zagarnął sympatię młodej księżniczki. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, a później znów musieli ruszyć w drogę.
Jazda dłużyła się jej i nękało ją znudzenie. Dłonie bolały od trzymania skórzanych pasów, mięśnie nóg dawały o sobie znać, a koń co chwila dawał znać, że nie jest zadowolony z tego, że dosiada go ludzka dziewucha. Wędrowali już dość długo, ludzie zaczęli umilać sobie drogę śpiewając przyśpiewki dzięki którym ich wędrówka stawała się bardziej znośna. Widziała zdegustowane miny elfów, które najwyraźniej gardziły ludzkimi zabawami, nie wypadało jej przyznać, że podobały się jej te przyśpiewki. Rycerze z początku zerkali niepewnie na pannę, ale kiedy ta nie reagowała poczuli się zdecydowanie pewniej. Chyba jednak z szacunku do wysoko urodzonej ograniczyli swój repertuar do tych bardziej przyzwoitych pieśni. Nagle wtórowały im dwie elfki, jedna wyciągnęła lutnie, którą miała przypiętą do konia i zaczęła przygrywać. Dwie kobiety śpiewały pieśń w elfickim języku. Wszyscy nagle ucichli i przysłuchiwali się dwóm głosom, delikatnym i cudownym, wzrok ciemnowłosej nie odrywał się od kobiet. Jak to było możliwe, że mimo iż są wojowniczkami jednocześnie są tak delikatne i kobiece. Zauważyła zachwycone ludzkie spojrzenia utkwione w kobietach i nagle znów usłyszała obok siebie jasnowłosego wiedzącego.
- Śpiewają o nadejściu smoczego dziecka. - rzekł cicho i spokojnie.
– Codziennie na świecie rodzi się jakiś smok panie. – odparła.
- O nie, one nie mówią o smoku. - zaśmiał się. - Ta pieśń mówi o nadejściu jeźdźców. Poeci potrafią pięknie nazywać niektóre rzeczy. Nie odpowiedziała mu zasłuchując się w głos kobiet. Był niczym czysta magia.
Noc nadchodziła zbyt szybko, choć po tak długiej i niewygodniej jeździe Saenari powitała ją z radością, oznaczała ona koniec jej męczarni w tym dniu. Kiedy dotarli do miejsca w którym mieli rozbić obóz jeden z rycerzy ściągnął ją z konia, ona sama była już zbyt zmęczona dlatego chętnie przyjęła pomocną dłoń i pozwoliłaby usadzili ją na ziemi okrytej kawałkiem materiału. Jeden z gwardzistów podał jej bukłak z wodą, a ona chętnie przyjęła go i nawilżyła wargi. Tak samo chętnie przyjęła również kawałek suszonego mięsa i chleba, po całym dniu bez jedzenia smakowały jak wytrawna uczta. Choć normalnie pogardziłaby takim jedzeniem teraz siedziała cicha i zmizerniała i obserwowała jak mężczyźni zajęli się rozbijaniem obozowiska na noc.
Dragon's Legend
Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
