Przyglądałem się reakcji ludzkiej dziewuchy nie bez satysfakcji, oczywiście dopóki między nas nie wkroczył blondwłosy elf, którego obecności po prostu nie trawiłem. Oczywiście, nikt nie powiedział jej, że smoka nie można tak po prostu oddać i zostawić do walki komuś innemu, że to coś więcej niż można przypuszczać, że to zaszczyt zbyt wielki, aby jej marny umysł kiedykolwiek w jej krótkim życiu mógł to ogarnąć. Oraz oczywiście, Yöel musiał wtrącić się między nas zanim zdążyłem to jasno i dobitnie wytłumaczyć – tym razem bardziej na szczęście niż niestety. Ta kobieta o niczym nie musiała wiedzieć. W końcu i tak odejdzie zanim smocze pisklę się wykluje.
Ta myśl pozwoliła przezwyciężyć gorzki smak na języku, kiedy księżniczka Saenari znów otworzyła usta aby mleć językiem szybciej, niż była zdolna myśleć. W odpowiedzi uśmiechnąłem się tym rodzajem uśmiechu, który nie sięga zimnego spojrzenia i rzuciłem:
— Oczywiście — tonem tak słodkim, na jaki tylko mnie było stać.
Kobieta się oddaliła, ale nie miałem czasu aby powieść za nią spojrzeniem; całym sobą skupiłem się bowiem na Yöelu, którego spojrzenie również się zmieniło, a usta nie wyginały się już w tym uroczym, a jednocześnie paskudnym uśmieszku. Mężczyzna ten budził we mnie wstręt i złość, ale jednocześnie czułem niechciany podziw. Był ode mnie starszy o setki lat. Sam nie byłem do końca pewien, w którym roku się urodził i ile już chodził po tej ziemi. Ale królowa mu ufała i mogłem stawiać o zakład swój najcenniejszy miecz, że pamięta Jeźdźców nie tylko z opowieści i zakurzonych tomisk zalegających w stołecznej bibliotece. Musiał widzieć ich na własne oczy – ale czy po tylu wiekach wciąż można było powiedzieć, że faktycznie ich pamiętał? Pamięć była zagadką, której rozwiązania wciąż nikt nie znał. Mimo że sam żyłem tylko sto pięćdziesiąt lat, już w tej chwili wiedziałem, że powoli, z każdym kolejnym rokiem, z każdym miesiącem tracę część wspomnień lub zakrzywiam je w swoim umyśle.
— Drayce. — Na ziemię ściągnął mnie głos towarzysza, na którego przez cały ten czas patrzyłem. — Lepiej, żebyś nie zapomniał o wskazówkach królowej Laithnen. Człowiek nie musi być świadomy wszystkiego, prawda? Istotne, że wiedza przechowywana jest... W bezpiecznym miejscu. Miej baczenie na słowa, przyjacielu. — Ostatnie było nie tylko ostrzeżeniem; wyraźnie czułem groźną nutę przemyconą w sposób tak wykwintny, że nikt ze stojących nieco dalej elfów nie zdołałby jej wyłapać, nawet jeśli udałoby mu się usłyszeć te słowa.
Nieprzyjemny dreszcz spłynął mi wzdłuż kręgosłupa. Najgorsze było to, że miał rację. A może to, że tak bezczelnie nazwał mnie przyjacielem? Yöel skłonił się lekko i oddalił za księżniczką, zanim zdążyłem coś jeszcze odpowiedzieć. Może to i lepiej, nic bowiem nie przychodziło mi do głowy. Pozostało mi tylko mocne zaciśnięcie szczęk i odprowadzenie go wzrokiem, a później baczne obserwowanie, gdy rozmawiał z księżniczką już poza zasięgiem mojego słuchu.
Początkowo śpiew ludzi – chaotyczny, bez rytmu, polotu i gustu – mnie irytował. Ale w końcu zabrały się za to dwie elfki, których pieśń kołysała mnie przyjemnie wraz z taktem chodu potężnego jelenia, niemal usypiając, wprowadzając w niesamowity, przyjemny trans. Słuchałem słów, choć dobrze je znałem. Aelirenn miała dźwięczny, wysoki głos, idealnie czysty, a śpiewała równie dobrze, co mierzyła z łuku. Nie odwracałem się za siebie, ale i tak mimowolnie gubiłem czujność, uspakajałem się, dałem zahipnotyzować tym cudownym dźwiękom, nie zwracając większej uwagi na treść im dalej szła melodia.
Wreszcie znaleźliśmy odpowiednie miejsce na nocleg i nie protestowałem, kiedy ludzki gwardzista powiedział, że księżniczka musi spać przynajmniej kilka godzin. Zmierzchało już, a póki znajdowaliśmy się na w miarę bezpiecznych terenach królestwa Nar, mogłem pozwolić na taką chwilę wytchnienia. Wyznaczyłem warty, rozdzieliłem zadania, sprawdziłem wszystko po kolei – od wydawania posiłków, przez rozkładanie namiotów, rozsiodłanie i wypas wierzchowców, aż po warunki bezpieczeństwa smoczego jaja. Kiedy wreszcie wszystko sprawdziłem, zrobiłem obchód zabezpieczeń, większość kompanii już kończyła posiłek lub odpoczywała przy ogniskach. Niektórzy co wyżej postawieni odpoczywali w namiotach wojskowych, choć z przyczyn czysto praktycznych nie każdy członek wyprawy będzie mógł spać pod materiałowym dachem. Dla siebie miałem oddzielny namiot, ciasny, jednoosobowy, tak samo księżniczka i Yöel. Wszyscy mieliśmy też warty przed wejściem.
Było już grubo po zmroku, kiedy wreszcie usiadłem w swoim pomieszczeniu i zjadłem posiłek składający się z cienkiego, wypiekanego przez elfy chleba i pasków suszonej wołowiny, mocno solonej i twardej, ale bardzo pożywnej. Po obiedzie – a raczej mocno spóźnionej kolacji – posłałem wartownika po księżniczkę. Pojawili się dłuższą chwilę później.
Wyglądała na zmęczoną i nieprzystosowaną. Oczywiście, że była nieprzystosowana, w końcu przyszła na świat po to, żeby wydawać potomstwo, a nie zostawać jeźdźcem. To była ludzka wersja, istot, które nie potrafiły przyjąć do wiadomości, że poza ich planami – tak kruchymi i często bezsensownymi – było jeszcze coś więcej. Coś, czego nie dało się zamknąć w ramach logiki. Czego nie dało się zaplanować. Ale ludzkie umysły były w końcu tak cholernie ograniczone...
Wskazałem ledwo widocznym skinieniem głowy na polowe krzesło stojące nieco dalej, takie samo na jakim sam siedziałem, a odezwałem się dopiero gdy księżniczka zajęła miejsce. Splotłem dłonie, ale siedziałem prosto.
— Mam nadzieję, że chociaż podstawowe wymogi wygody zostały zapewnione? — zacząłem neutralnie, utkwiwszy spojrzenie w jej źrenicach. — Król Nar zgodził się na taki sposób podróżowania, jestem pewien, że księżniczka sama niedługo doceni tak mobilny tryb, który można łatwo wykorzystać w razie, gdyby zrobiło się niebezpiecznie — uzupełniłem, nie dając jej czasu na odpowiedź. Wreszcie mogłem przejść do sedna sprawy, która interesowała mnie bardziej niż wygody ludzkiej księżniczki. Nie było to zgoła łatwym zadaniem, tak dobierać słowa i mówić tylko tyle, ile można było powiedzieć na głos, a jednocześnie wypaść przekonująco. Od czego jednak było to kilkadziesiąt lat spędzonych na ćwiczeniach, jeśli teraz nie umiałbym się nimi posłużyć? — Doprawdy jednak... Jedno mnie nurtuje. Naprawdę nikt nie powiedział ci nic o tej mistycznej rasie, z którą przyszło ci się związać, pani? — zapytałem niewinnie, udając też odrobinę zakłopotania.
Miałem nadzieję wzbudzić w niej ciekawość. Tak, żebym mógł nią łatwiej kierować i tutaj, gdzie Yöel nie miał dostępu. Poza tym mogłem dowiedzieć się więcej o Jeźdźcach, jeśli tylko dobrze rozegram tą partię.
