Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
piątek, 27 kwietnia 2018
9.

Saenari nigdy nie zdawała sobie sprawy jak bardzo może być męcząca podróż konna. Jej bracia z taką łatwością popisywali się jazdą, wymachiwali kopiami na turniejach i nie dostrzegała grymasu na ich licach. Ona po kilku godzinach jazdy nie wiedziała czy bardziej bolą ją dłonie od trzymania wodzy, czy może mięśnie, z tymi wszystkimi niedogodnościami wygrywało jednak koszmarne zmęczenie. Księżniczka sama nie wiedziała czym jest to spowodowane, w końcu to tylko jazda na grzbiecie jakiegoś durnego wierzchowca. Nie zmieniało to jednak faktu, że całe ciało bolało ją niemiłosiernie, dłonie paliły w zgięciach, a nogi były niczym z waty. Wciąż nie rozumiała o co chodziło ojcu, że dał przekonać się temu parszywemu elfowi i wysłał ją w trasę na koniu, a nie pozwolił jej jechać powozem. Wygodnym, eleganckim i praktycznym w którym bez problemu mogłaby poczytać książkę, zdjąć pantofelki. Wtedy miałaby śliczne pantofelki, a nie jakieś skórzane buciory, które nadawały się dla chłopki, ale nie księżniczki czystej krwi. Każdy wiedziałby, że jedzie wielka i szlachetnie urodzona panna, każdy dostrzegłby herb królewski i ze strachem schodziłby z drogi. Tak przynajmniej sądziła w swym naiwnym i zadufanym rozumowaniu. Dziecina niewidząca zagrożenia świata, najchętniej schowana pod ochronnym płaszczykiem ojca-króla. Ciemne oczy, które nigdy nie poznały zła tego świata, chronione grubymi murami zamczyska w którym upajano ją idealistycznymi wizjami otaczającego ją świata. Wychowana w chwale imienia swego ojca, ogrzewana wymyślonym blaskiem jego potęgi jako władcy, którego boją się nawet najstarsze elfy. Tymczasem jeden z nich wątpliwego pochodzenia zdawał się dyrygować jej ojcem w dbaniu o jej dobro.
Namioty były już rozstawione, straże obsadzone do zadań, konie napojone i nakarmione, zaś księżniczka nadal siedziała w miejscu w którym ją posadzono i nie wiedziała sama na co ma czekać. Jej wzrok co chwila uciekał się do skrzyni ze smoczym jajem, która zyskała ochronę chyba większą niż sama księżniczka. Zauważyła ten fakt z wielkim niesmakiem, głupi gad ma więcej straży niż ona? Matka przyszłych władców i rycerzy przegrywa z ziejącym ogniem jaszczurem. Im dłużej wpatrywała się w skrzynię tym bardziej traciła poczucie czasu, zupełnie jakby zapadała w jakiś dziwny trans. Zdawało się jej, że słyszy szept, a to nie był dobry znak. Słyszała kiedyś o jednym księciu, który w swej głowie słyszał dziwne głosy, szalony biedak nie skończył dobrze. Wiedziała o tym doskonale, jednak nie mogła oderwać oczu od zdobień, nie potrafiła przestać wyobrażać sobie jaja, które znajduje się w środku oraz gadziny wewnątrz skorupy. Myśli porwały ją jak rwący strumień i zostały przerwane przez głos. Spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na mężczyznę stojącego nad nią, szpiczaste uszy i pogardliwy wyraz twarzy od razu sprawiły, że rozpoznała w nim elfa.
    - Dowódca wzywa. - rzekł beznamiętnym, wyuczonym tonem. Nie silił się nawet, by wypełniła go krztyna uprzejmości. Typowy przedstawiciel tej nacji, nawet nie silił się na użycie tytułu królewskiego jaki jej przysługiwał. Podniosła się z materiału i ruszyła za nim z uniesioną głową. Zmierzali w stronę namiotu najbardziej nadętego ze wszystkich elfa. Kiedy tylko przekroczyła próg pomieszczenia jej uwadze nie umknął oceniający wzrok ciemnowłosego. Stała sztywna niczym struna i starała się nie ukazywać zmęczenia jakie obecnie władało jej ciałem. Skłoniła się grzecznie, kiedy mężczyzna wskazał jej krzesło, usiadła  na nim i przyjrzała się jego twarzy dokładnie. Wydawał się młody, a całodzienna podróż nawet nie odbijała się na jego licu. Wyglądał na takiego, który ledwo dobija trzydziestki, ale w jego oczach było więcej mądrości niż u ludzkich wiedzących.
    – Bardzo podstawowe owszem. Rzekłabym, że podstawowe dla wojowników, nie damy. – rzekła lakonicznie, siląc się na wyniosły ton. Ciężko było zachować wyuczoną wyższość przy Dzieciach Natury, które poczucie wyższości wyssały z mlekiem matki.
    – Mniemam, że mój ojciec sam z siebie nie wpadł na pomysł wysyłania jeden ze swych cór konno panie. – odbiła piłeczkę starając się usilnie ukazać elfowi swoją pozycję. Czuła się lepsza od innych, jako królewskie dziecko przecież tak było. Jednocześnie w tym wszystkim była niesłychanie dziecinna i zadufana w sobie. Drayce zaczął pytać ją o smoki, a ona uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. Owszem mówili jej, opowiadali o potwornościach jakich dopuszczały się te bestie. Opowieści o jeźdźcach traktowano jak relikt przeszłości, zamierzchłe bajały dla dzieci. Nike nie sądził, że jeźdźcy wrócą, nikt już z ludzi nie pamiętał co znaczy jeździec, nikt nie pamiętał jak to jest, gdy smok nie jest potworem, a może być wsparciem.
    – Nie panie. Opowiadano mi jedynie o bestiach. Jeźdźców nie widziano od prawie tysiąca lat dla ludzi to czas tak długi, że zaczęli wątpić w pojawienie się ich. Smoki są wrogami, potworami a nie sprzymierzeńcami. Dziewcząt nie uczy się o smokach, a chłopców uczy się jak ich zabijać nie tresować. – rzekła chłodnym tonem. Wtedy przypomniał się jej szept, który słyszała, sny, które ją dręczyły od czasu dziwnego wydarzenia, które niektórzy nazywali Jednością.
    –  Jednak jeśli wiesz coś więcej panie, zechciej uraczyć damę swymi opowieściami. Będę zaszczycona. – dodała dużo grzeczniej, nieświadomie dając się wciągnąć w jego zasadzkę.
------------------------------------------------------------------------------------