Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
piątek, 4 maja 2018
26.



Na szczęście obyło się bez dalszych protestów ze strony księżniczki; na to dawno przestałem mieć jakiekolwiek siły. Zwłaszcza teraz, kiedy deszcz przykleił mi koszulę do pleców, a mokre i nieprzyjemnie ciężkie włosy do czoła, kiedy wszyscy z mojej części kompani już byli w środku i rozsiadali się na szerokich, lepkich od piwa ławach, kiedy odczułem wreszcie pierwsze fizyczne zmęczenie drogą.
To było rozwiązanie nieidealne. Musieliśmy ściągnąć na siebie uwagę pozostałych biesiadników, z których kilku zbyt łapczywie przyglądało się skrzyni. Była co prawda prosta i na oko nie obiecywała żadnych skarbów, ale akurat ludzi zbyt łapczywych w tych okolicach nie brakowało. Kazałem swoim ludziom mieć oko na tą bardziej materialną część przewożonego ładunku; sam nie mogłem skupić się i na księżniczce, i jaju. Ostatecznie wiedziałem, że to drugie było ważniejsze i w chwili zagrożenia wcale bym się nie wahał w wyborze, póki co jednak... Lepiej, żeby sytuacja nie zmusiła mnie do okazania księżniczce, że jest w oczach moich i moich kompanów tak mało warta.
Wszedłem do ciepłej karczmy wypełnionej kuszącymi zapachami mięsa i alkoholu zaraz za dziewczyną. Nie musiałem szukać; mój wzrok automatycznie wyłapał wbite we mnie spojrzenie blondyna stojącego nieco dalej, przy karczmarzu. Nie zerknąłem w stronę księżniczki, zostawiając ją samą sobie z jej ludźmi na kilka krótkich chwil rozmowy z Yöelem. Sztywno do niego podszedłem i bez słowa zniknęliśmy za jednymi z drzwi prowadzących do alkowy tuż za szynkwasem. Tam, w ciasnym pokoju z jednym materacem wyłożonym w kącie pod ścianą, nie było już mowy o znaczących spojrzeniach. Elf natychmiast przerwał ciszę.
— Co zrobiłeś?
Słowa były proste, ale wypowiedziane tak ostro, że spowodowały, że się skuliłem. Na chwilę byłem znów tamtym dzieciakiem, aż sobie nie przypomniałem kim się stałem i że ten człowiek już nie ma nade mną takiej władzy. A może nawet żadnej. Te czasy odeszły w niepamięć, ale ślady pozostały, wyryte głęboko w obydwu z nas, których już się nie pozbędziemy. Czemu królowa wysłała nas razem? Wiedziała przecież doskonale, co było między nami. Tego wciąż nie mogłem zrozumieć, choć nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak szybko rozwiąże się ta zagadka.
— Nic, czego nie zakładał plan. — Starałem się, żeby głos mi nie zadrżał, żeby był zimny i opanowany. Cieszyłem się, że nikogo tu nie ma, że mówimy na tyle cicho aby nikt nie mógł przypadkowo tej rozmowy usłyszeć. — Wiem, co należy, a czego nie wolno. Przerabialiśmy to. Nie zaczynaj teraz od nowa.
— Jeśli znów narazisz nas na stratę...
— Milcz!
Uniosłem głos. Było to warte chwilowego szoku na twarzy Yöela, było warte ognia, który się we mnie rozpalił, nawet jeśli karczmarz usłyszał ten krzyk. Ten grymas elfa szybko zastąpił uśmiech. Niebezpieczny. Powodujący, że zapadałem się w sobie, że strach obejmował trzewia i wypierał zdolność logicznego myślenia. Yöel celował tam, gdzie najbardziej bolało. Wiedział o tym. Chciał dokończyć to zdanie, ale nie musiał, bo ja wiedziałem, jak ono się kończy. Czyim imieniem. I z tego też zdawał sobie sprawę. Był cholernie inteligentnym i cwanym Wiedzącym, co czyniło niebezpieczną w skutkach kombinację.
Może chciał dodać coś więcej, ale słowa nagle przestały być potrzebne. Znów miał nade mną władzę, jednym gestem mógł przywoływać emocje, nad którymi nie panowałem. Jeszcze chwilę patrzył na mnie z tym samym uśmiechem, a potem jakby się opamiętał, na jego twarzy znów pojawiła się spokojna neutralność, może nawet błoga radość tak dla niego charakterystyczna. Wyszedł z pomieszczenia jako pierwszy, zostawiając mnie samego z chaosem w głowie, z tornadem, którego nie umiałem uspokoić. Chwilę do trwało, aż wreszcie zdołałem zebrać się do kupy, na bok odrzucić lawinę niepotrzebnych myśli, które powodowały słabość i wreszcie również dołączyć do reszty kampanii. Musiałem pilnować księżniczki.
Usiadłem na ławie obok dziewczyny i przez chwilę, kiedy podano jedzenie, po prostu piłem i jadłem, nie skupiając się bardziej na niczym poza napełnieniem żołądka. Zamiast typowego dla naszej rasy wina wybrałem piwo – nie tylko dlatego, że zrobiłem to jako jedyny elf, o dziwo. Wiedziałem, że ten czerwony płyn w poutrącanych kielichach nie może się równać temu, co ja nazywałem winem. Nie miałem o to akurat pretensji do ludzkiej rasy; po prostu nie mogli być tak dobrzy, jak my w jego tworzeniu. Dopiero po kilkunastu minutach zauważyłem, że ludzka dziewczyna co jakiś czas na mnie zerka, jakby chciała coś powiedzieć albo sprawdzić, ale zbyt szybko się wycofywała. Długo walczyłem ze sobą, żeby nie wyładować się na niej po spięciu z Yöelem w alkowie na tyłach karczmy. Kiedy byłem już pewny jako takiego spokoju, odwróciłem głowę nieco zbyt teatralnie tak, żeby patrzeć na nią wprost, a nie kątem oka.
— Co? Jestem brudny na twarzy? — zapytałem, ale w moim tonie nie było czuć ani irytacji, ani złości. Tylko neutralność i spokój, którego nie czułem. Jeszcze nie. Dlatego ponownie sięgnąłem po kufel, brudny jak jasna cholera, ale miałem to w dupie. Długo piłem, a po odstawieniu go znów na stół wytarłem usta z piany wciąż mokrym rękawem koszuli. — Mam nadzieję, że ta karczma odpowiada twojej potrzebie wygody. Jest naprawdę niezła w porównaniu do tych, które odwiedzałem, wierz mi, stół nie lepi się tak bardzo. Obyśmy tylko nie zapłacili za nią zbyt wysokiej ceny — ostatnie zdanie mruknąłem ciszej, mrużąc przy tym oczy i zerkając w kąt sali, na ludzi wcześniej zainteresowanych wnoszonym przez kampanię kufrem. — I nie mam tu na myśli pieniędzy.
Ponownie przeniosłem wzrok na dziewczynę i długo na nią patrzyłem w milczeniu, natarczywie.
— Jeśli, podkreślam jeśli, coś się stanie, trzymaj się mnie. Proszę. — Ostatnie słowo dodałem bardzo cicho i bardzo zimno. Nie zwykłem prosić, ale w tym wypadku być może było to jedyną szansą na przekonanie księżniczki, że obok mnie będzie bezpieczna; a wtedy będę mógł mieć oko i na nią, i na skrzynię z jajem.
------------------------------------------------------------------------------------