Dragon's Legend

Jajo zadrżało przed człowiekiem i przemówiło. W czasach, w których Smoczy Jeźdźcy to tylko mit.
niedziela, 3 czerwca 2018
28.

Irytowało mnie sposób, w jaki ta banda ludzkich nieudaczników gapi się na mnie, jak czujnie obserwując moje ruchy. Ich wzrok powodował, że nie mogłem być na tyle swobodny, na ile w danej chwili potrzebowałem, że musiałem liczyć się ze słowami i na nie uważać. Lenie patentowane, gapiły się teraz, a jak przyjdzie co do czego, z pewnością nawet nie zdążą wyciągnąć mieczy z pochew albo będą spieprzać, potykając się o własne nogi.
— Nie jestem panem — odpowiedziałem ostrzej, niż zamierzałem, ponownie skupiając spojrzenie na stojącym przede mnie kuflu. — Ani twoim, ani nikogo innego.
Darujmy sobie tytuły, co? Miałem wrażenie, że w tym małym móżdżku skrytym w czaszce pod błyszczącymi, wypielęgnowanymi włosami niektóre rzeczy po prostu jeszcze nie mogły się zmieścić. Miała być wojownikiem, nie pieprzoną damą. Ale ostatecznie, co mnie to obchodziło? Dopóki nie zagraża to naszemu – ale póki co również jej – bezpieczeństwu, może być kim chce i robić co jej się podoba. Przecież i tak nie zdąży zostać prawdziwym wojownikiem i Jeźdźcem, zanim jej ciało zostanie pochowane w płytkim grobie gdzieś przy szlaku wiodącym przez gęstwiny lasu.
Byłem drażliwy. Za bardzo, nieadekwatnie do sytuacji ale nie umiałem nad tym zapanować. Zdawałem sobie sprawę, że zbyt łatwo emocje związane z codziennymi sprawami biorą nade mną górę, że nie jestem w tym podobny do innych elfów; ale działo się to szczególnie mocno, gdy ktoś poruszał tą jedną strunę. Tą, na której kilkanaście minut temu zagrał Yöel. Gwałtowna, brutalna melodia wciąż rozbrzmiewała w całym moim ciele, nie pozwalając skupić się na niczym innym i uniemożliwiająca uspokojenie się. Za każdym razem, kiedy musiałem patrzeć na księżniczkę teraz, kiedy siedzieliśmy razem przy stole, a ona grała na tym miernym instrumencie. Z każdym uderzeniem serca. Z każdym mrugnięciem, kiedy pod powiekami stawały sceny tamtego dnia. I jej twarz.
Zdałem sobie sprawę, że od bardzo długiego czasu mam mocno zaciśnięte powieki i dłonie w pięści. Nie obserwowałem, co dzieje się dookoła i pozwoliłem sobie na kompletną utratę czujności, a do porządku przywołało mnie ponownie pytanie księżniczki. Przebiło się przez kurtynę, którą spuściłem dookoła siebie, ale prawie w ogóle nie zrozumiałem jego sensu. Odwróciłem głowę w jej stronę i zamrugałem wolno z uchylonymi ustami, zapewne w tej chwili wyglądając jak półgłówek.
— Tak.
Powiedziałem to w chwili, w której za moimi plecami wybuchło zamieszanie zaalarmowane głuchymi wrzaskami ludzi i trzaskiem kości o klepisko. Zerwałem się zanim do mojego umysłu zdążyła dotrzeć choć jedna myśl; moje ciało szkolone dziesiątki lat wiedziało lepiej, co należy robić. Zachowywało się intuicyjnie, wdrażając odruchy wyuczone najróżniejszymi sposobami. Kiedy wreszcie stanąłem pewnie na nogach po drugiej stronie ławy tak, że już nie musiałem przez nią przeskakiwać, kolejnym odruchem okazało się nie sięgnięcie po miecz, ale chwycenie księżniczki w pasie i poderwanie jej do góry. Przycisnąłem ją do swojego boku nie zważając na delikatność. A więc zaczęło się; coś, co narastało w powietrzu odkąd przekroczyliśmy próg karczmy wreszcie nie wytrzymało i pękło. Rzuciłem okiem w stronę największego zamieszania aby szybko ocenić sytuację. Elfy i ludzie zwarli się w uściskach w zbyt małym pomieszczeniu, między stołami i ławami, tworząc chaotyczną plątaninę ciał. Wiedziałem, że nie mogę teraz wplątać się w to zamieszanie.
Myśl, która powinna pojawić się jako pierwsza uderzyła we mnie ze sporym opóźnieniem, zaskakując i powodując wręcz oszołomienie. Smocze jajo. Jak oparzony puściłem księżniczkę i rzuciłem się wprzód, w ten paskudny chaos, dobywając miecza już z pierwszym postawionym przeze mnie krokiem. Nie bacząc na kunszt i wiedząc, że nie mam miejsca na precyzyjne, wymierzone ciosy, waliłem na odlew, byle jak, wycinając sobie drogę do alkowy na tyłach karczmy, gdzie zostawiliśmy najcenniejszy ładunek. Starałem się nie ranić swoich, ale w tym labiryncie mebli i ciał... Nie mogłem dać ręki, że moje ostrze nikogo nie trafiło. Nie było to jednak moją sprawą i nie zamierzałem się tym przejmować. Wrzaski i huk wypełniły pomieszczenie, szczęk krzyżujących się mieczy odbijał się echem po czaszce.
Księżniczka mogła iść za mną, jak jej wcześniej kazałem. Mogła też zostać. W tej chwili jej życie i zdrowie nie miało dla mnie znaczenia, bowiem w głowie pulsowała tylko jedna prosta, pierwotna wręcz myśl, wypierając wszystkie inne.
Nie mogę stracić Smoczego Jaja.
W końcu opuściłem główną salę, w której panowało największe zamieszanie i w kilku długich susach przemierzyłem korytarzyk na tyłach budynku prowadzący do pokoi wynajmowanych przez przejezdnych. Dostałem się dalej, niemal wyłamując drzwi z zawiasów, do części zajmowanej przez karczmarza z rodziną, a później w prawo, w pierwsze drzwi, w których zostawiliśmy nasz cenny skarb. Elfka pozostawiona przy Jaju jako straż, cała zakrwawiona, leżała już w progu nieruchomo, choć jej klatka się unosiła w spazmatycznych oddechach. Nie zatrzymując na niej spojrzenia na dłużej, podniosłem go i napotkałem na scenę, która na moment zmroziła mi krew  w żyłach. Bandziorów, zakapturzonych chłopów z poniszczonymi mieczami u boków było kilku. Nad skrzynią, której zamka – dzięki bogom – jeszcze nie zdołali przełamać. Jeden trzymał za włosy uroczą kelnerkę, która nas obsługiwała. Dziewczyna chlipała cicho, ale nie szarpała się. Jedna ręka wisiała luźno i na oko dało się stwierdzić, że ma wyłamane z barku ramię.
Odwrócili się w moją stronę i jak na komendę sięgnęli do mieczy, ale żaden nie zaatakował. Ja też nie. Jeszcze. Dopiero potem zaczął się krwawy taniec, w którym niespodziewanie przyłączył się do mnie kompletnie znikąd Yöel.
------------------------------------------------------------------------------------