Irytowało mnie sposób, w jaki ta banda ludzkich
nieudaczników gapi się na mnie, jak czujnie obserwując moje ruchy. Ich wzrok
powodował, że nie mogłem być na tyle swobodny, na ile w danej chwili
potrzebowałem, że musiałem liczyć się ze słowami i na nie uważać. Lenie
patentowane, gapiły się teraz, a jak przyjdzie co do czego, z pewnością nawet
nie zdążą wyciągnąć mieczy z pochew albo będą spieprzać, potykając się o własne
nogi.
— Nie jestem panem — odpowiedziałem ostrzej, niż
zamierzałem, ponownie skupiając spojrzenie na stojącym przede mnie kuflu. — Ani
twoim, ani nikogo innego.
Darujmy sobie tytuły, co? Miałem wrażenie, że w tym małym
móżdżku skrytym w czaszce pod błyszczącymi, wypielęgnowanymi włosami niektóre
rzeczy po prostu jeszcze nie mogły się zmieścić. Miała być wojownikiem, nie
pieprzoną damą. Ale ostatecznie, co mnie to obchodziło? Dopóki nie zagraża to
naszemu – ale póki co również jej – bezpieczeństwu, może być kim chce i robić
co jej się podoba. Przecież i tak nie zdąży zostać prawdziwym wojownikiem i
Jeźdźcem, zanim jej ciało zostanie pochowane w płytkim grobie gdzieś przy
szlaku wiodącym przez gęstwiny lasu.
Byłem drażliwy. Za bardzo, nieadekwatnie do sytuacji ale nie
umiałem nad tym zapanować. Zdawałem sobie sprawę, że zbyt łatwo emocje związane
z codziennymi sprawami biorą nade mną górę, że nie jestem w tym podobny do
innych elfów; ale działo się to szczególnie mocno, gdy ktoś poruszał tą jedną
strunę. Tą, na której kilkanaście minut temu zagrał Yöel.
Gwałtowna, brutalna melodia wciąż rozbrzmiewała w całym moim ciele, nie
pozwalając skupić się na niczym innym i uniemożliwiająca uspokojenie się. Za
każdym razem, kiedy musiałem patrzeć na księżniczkę teraz, kiedy siedzieliśmy
razem przy stole, a ona grała na tym miernym instrumencie. Z każdym uderzeniem
serca. Z każdym mrugnięciem, kiedy pod powiekami stawały sceny tamtego dnia. I
jej twarz.
Zdałem sobie sprawę, że od bardzo
długiego czasu mam mocno zaciśnięte powieki i dłonie w pięści. Nie
obserwowałem, co dzieje się dookoła i pozwoliłem sobie na kompletną utratę
czujności, a do porządku przywołało mnie ponownie pytanie księżniczki. Przebiło
się przez kurtynę, którą spuściłem dookoła siebie, ale prawie w ogóle nie
zrozumiałem jego sensu. Odwróciłem głowę w jej stronę i zamrugałem wolno z
uchylonymi ustami, zapewne w tej chwili wyglądając jak półgłówek.
— Tak.
Powiedziałem to w chwili, w której za
moimi plecami wybuchło zamieszanie zaalarmowane głuchymi wrzaskami ludzi i
trzaskiem kości o klepisko. Zerwałem się zanim do mojego umysłu zdążyła dotrzeć
choć jedna myśl; moje ciało szkolone dziesiątki lat wiedziało lepiej, co należy
robić. Zachowywało się intuicyjnie, wdrażając odruchy wyuczone najróżniejszymi
sposobami. Kiedy wreszcie stanąłem pewnie na nogach po drugiej stronie ławy
tak, że już nie musiałem przez nią przeskakiwać, kolejnym odruchem okazało się
nie sięgnięcie po miecz, ale chwycenie księżniczki w pasie i poderwanie jej do
góry. Przycisnąłem ją do swojego boku nie zważając na delikatność. A więc
zaczęło się; coś, co narastało w powietrzu odkąd przekroczyliśmy próg karczmy
wreszcie nie wytrzymało i pękło. Rzuciłem okiem w stronę największego
zamieszania aby szybko ocenić sytuację. Elfy i ludzie zwarli się w uściskach w
zbyt małym pomieszczeniu, między stołami i ławami, tworząc chaotyczną plątaninę
ciał. Wiedziałem, że nie mogę teraz wplątać się w to zamieszanie.
Myśl, która powinna pojawić się jako
pierwsza uderzyła we mnie ze sporym opóźnieniem, zaskakując i powodując wręcz
oszołomienie. Smocze jajo. Jak oparzony puściłem księżniczkę i rzuciłem się
wprzód, w ten paskudny chaos, dobywając miecza już z pierwszym postawionym
przeze mnie krokiem. Nie bacząc na kunszt i wiedząc, że nie mam miejsca na
precyzyjne, wymierzone ciosy, waliłem na odlew, byle jak, wycinając sobie drogę
do alkowy na tyłach karczmy, gdzie zostawiliśmy najcenniejszy ładunek. Starałem
się nie ranić swoich, ale w tym labiryncie mebli i ciał... Nie mogłem dać ręki,
że moje ostrze nikogo nie trafiło. Nie było to jednak moją sprawą i nie zamierzałem
się tym przejmować. Wrzaski i huk wypełniły pomieszczenie, szczęk krzyżujących
się mieczy odbijał się echem po czaszce.
Księżniczka mogła iść za mną, jak jej
wcześniej kazałem. Mogła też zostać. W tej chwili jej życie i zdrowie nie miało
dla mnie znaczenia, bowiem w głowie pulsowała tylko jedna prosta, pierwotna
wręcz myśl, wypierając wszystkie inne.
Nie mogę stracić Smoczego Jaja.
W końcu opuściłem główną salę, w której
panowało największe zamieszanie i w kilku długich susach przemierzyłem
korytarzyk na tyłach budynku prowadzący do pokoi wynajmowanych przez przejezdnych.
Dostałem się dalej, niemal wyłamując drzwi z zawiasów, do części zajmowanej
przez karczmarza z rodziną, a później w prawo, w pierwsze drzwi, w których
zostawiliśmy nasz cenny skarb. Elfka pozostawiona przy Jaju jako straż, cała
zakrwawiona, leżała już w progu nieruchomo, choć jej klatka się unosiła w
spazmatycznych oddechach. Nie zatrzymując na niej spojrzenia na dłużej,
podniosłem go i napotkałem na scenę, która na moment zmroziła mi krew w żyłach. Bandziorów, zakapturzonych chłopów
z poniszczonymi mieczami u boków było kilku. Nad skrzynią, której zamka –
dzięki bogom – jeszcze nie zdołali przełamać. Jeden trzymał za włosy uroczą
kelnerkę, która nas obsługiwała. Dziewczyna chlipała cicho, ale nie szarpała
się. Jedna ręka wisiała luźno i na oko dało się stwierdzić, że ma wyłamane z
barku ramię.
Odwrócili się w moją stronę i jak na
komendę sięgnęli do mieczy, ale żaden nie zaatakował. Ja też nie. Jeszcze.
Dopiero potem zaczął się krwawy taniec, w którym niespodziewanie przyłączył się
do mnie kompletnie znikąd Yöel.
